czwartek, 25 sierpnia 2016

Rozdział #2

Jesteśmy, jesteśmy w Nowym Jorku!!!

Pominęłam wam całą drogę, bo, no bo nie było nawet za wiele co opowiadać. Jechałyśmy, jechałyśmy, mijałyśmy różne stany, różne stacje, oczywiście, mini pęcherz mojej mamy wydłużył nam podróż, ale i tak było fantastycznie, Zmieniałam ją co jakiś czas za kierownica, by się nie przemęczała. W końcu musimy dzisiaj się jeszcze rozpakować i urządzić. Mamy sobotę. Zostanie nam tylko jutro na rozpakowanie się i przestawienie wszystkich rzeczy. Jak dobrze mieć tam Grega! Facet do pomocy zawsze się przyda.

W poniedziałek obydwie ruszamy na podbój Nowego Jorku, tętniącego życiem miasta. Woah...
Nie widziałam jeszcze naszego domu, bo mama cały czas upierała się by to była niespodzianka. Wiem, że pewnie wykombinowała coś ogromnego, ale w głębi duszy mam nadzieję, że wybrała coś też pod mój gust, choćby mniejsze od tego w którym teraz mieszkaliśmy. Dla nas dwóch nie potrzeba za wiele.

Zadzwoniłam do Grega niedaleko swojego nowego domu, przekazałam mu naszą lokalizację. Greg od razu z tego co słyszałam ruszył spod domu.

- Mamo!- pisknęłam z radości gdy wjechałyśmy na nasz nowy podjazd.

Dom był przepiękny. Nowoczesny ale i z historią. Klasyczny ale z pięknym wnętrzem. Zakryłam dłonią usta. Byłam taka podekscytowana!


Dom był taki wyszukany. Idealnie trafiał w gust i mój i w mojej mamy. Mogłam się spodziewać, że wybierze coś klasycznego, ale z lekką nutą nowoczesności. W końcu to Pani Architekt. Nikt nie był lepszy w tej branży niż ona, wszystko załatwiła sama, za wszystko sama zapłaciła. I jak ja mam nie być wdzięczna losowi? 
Wysiadłam z auta i weszłam do domu z mamą. Był jeszcze piękniejszy w środku. Kremowe i czarne kanapy, klasyczne zegary, drewniane parkiety, obrazy na ścianach. Ogromne lustro w korytarzu. Barek śniadaniowy, piękny dębowy stół w jadalni. Basen za domem. Spory, mniejszy od tego w Cleveland, ale i tak duży. 

- Może być kochanie?- zapytała mama.
- To spełnienie naszych marzeń mamo!- przytuliłam ją mocno.

- Moim spełnieniem marzeń jest to, że tu jesteś.

Odwróciłam się by ujrzeć autora tych słów. Uśmiechnęłam się chyba najszerzej jak umiem, Greg również pokazał swoje śnieżno białe zęby i rozpostarł ramiona. Podbiegłam do niego i wtuliłam się najmocniej jak umiałam. Boże, ile to już czasu bez takiego przytulania... Dwa miesiące minęły od kiedy miałam go tylko dla siebie, a to i tak tylko na dwa dni. 



-Nareszcie tu jesteś- dodał.

-Tak bardzo za tobą tęskniłam- przytulałam się do niego. 

-Nie wiesz jak bardzo ja się za tobą stęskniłem. Przebrnęliśmy prze ten rok, co?

-Zdecydowanie. Jestem z nas dumna, jestem z ciebie dumna, kocham cię- dodałam szepcząc mu na ucho. 

Pogładził mnie z tyłu głowy po włosach.

-Kocham Cię Mel- dodał z uśmiechem i pocałował mnie w ucho.

Staliśmy jeszcze tak z dobre pięć minut. 

-Ekhm. Kochani, nie chcę wam przeszkadzać, ale jak tak będziecie stać to się nigdy nie wprowadzimy.

Greg westchnął znacząco a mama go pacnęła w ramię.

-Daj spokój, ma długą podróż za sobą- zaśmiałam się i wzięłam dwa kartony. 

Wnieśliśmy wszystko na pięć kursów, pozanosiliśmy wszystkie kartony do danego pokoju w którym dane rzeczy mają stać. 

-To już chyba wszystko? 

-O nie, nie, córeczko. Jeszcze musimy jechać do Target po talerze i takie domowe rzeczy.

-Mamo, przecież szafki są wypełnione, dopieściłaś tu wszystko podczas wizyt.

-Nie, to nie jeszcze wszystko. Musimy jechać, bo nie zdążymy.

-Przecież market jest czynny do późna.

-Jedziemy teraz. Greg też przecież jedzie, nie musicie się rozstawać- uśmiechnęła się.

-Ja poprowadzę- zaproponował Greg- Miałyście długą podróż, znam drogę, także będzie łatwiej.

-Widzisz Mel jaki kochany! Jedziemy.

-Się uwzięliście, co? Co jest w tym sklepie na co nie można czekać? 

-Jedźmy. 


Co obydwoje się tak uparli na ten Target? Co jest takiego, że nie może zaczekać? Dojechaliśmy z mamą i Gregiem jakieś dwadzieścia minut później do sklepu. Mama wpadła w szał kupowania. Talerzyki, szklanki, kubki, podstawki, miski, sztućce. Wiele, wiele niepotrzebnych rzeczy, których nie użyje, albo mnóstwo tego co już mamy w domu. 

-Skarbie, chłopaki tu są, zobaczymy się za godzinkę u ciebie?- zapytał Greg.

-Tak, pewnie, dokończymy tu zakupy i będziemy w domu, baw się dobrze.

Greg musnął mnie delikatnie w usta i wyszedł ze sklepu. 

-Gdzie Greg poszedł?- zapytała mama.

-Wyszedł z kolegami, pewnie z drużyny, ale wpadnie jeszcze dzisiaj, nie martw się, nie zostaniemy same z rozpakowywaniem- zaśmiałam się.

Nie jestem zła, że wyszedł z kolegami, tylko przykro mi, że wyszedł już a jeszcze nie spędziliśmy nawet z trzech godzin razem. No... Trudno. Będziemy mieli siebie teraz codziennie więc nie ma potrzeby panikować. Dokończyłam z mamą spokojnie zakupy. Zapełniłyśmy koszyk zdrowym, niezdrowym jedzeniem. Chipsy, frytki, płatki, owoce. Takie podstawowe rzeczy. I rzeczy na babskie wieczory, wiadomo, Wrzuciłyśmy wszystko do bagażnika w naszym aucie. Mama wsiadła na miejsce kierowcy, ja się rozłożyłam na miejscu dla pasażera, włączyłam naszą ulubioną muzykę. Wyjechałyśmy spod sklepu i pojechałyśmy prosto do domu.

-Wydajesz się być zdenerwowana- zarzuciła mama.

-Słucham? Co? Nie, nie jestem zła.

-To o co chodzi? 

-Nie spędziliśmy nawet trzech godzin razem a on już wyszedł? 

-Denerwuje cię bo nie jest z tobą cały czas, córcia? 

-Nie, rozumiem, że ma własny tryb życia i od tak go nie skoryguje bo ja się nagle pojawiłam, ale no, proszę cię, mamo, trzy godziny z jego grafiku dla mnie to niewiele, tak myślę. Nie chcę brzmieć jak desperatka, bo ani ja go nie posiadam, ani on mnie, więc ja też nie zmieniałabym dla niego planów. Ale wyszedł od tak, bo koledzy się pojawili. Nawet nie przedstawił mnie. Znaczy, wiesz, znam niektórych, ale chciałabym znać wszystkich z którymi się zna. 

-Przyjdzie na to czas kochanie. 

-A co jeśli kiedyś na randce mnie tak wystawi bo koledzy się pojawili?

-Jestem pewna, że to by się nie zdarzyło. Nigdy.

-No, też tak myślałam, że tak nie robi. A dzisiaj poszedł sobie.

-Wiesz, że świata poza tobą nie widzi, nie gadaj głupot.

-Ta, to ma chyba kilka światów. 

-Mel...- zaczęła mama.

-Nie, starczy. Nie chce mi się o tym rozmawiać. Nie byłam na niego zła, a przez to całe gadanie i gdybanie zaczynam być. Odpuśćmy temat. Nie chcę się denerwować. Jesteśmy w nowym miejscu, mamy inne sprawy do załatwiania. Musimy się rozpakować, wyspać, jutro odpocząć a w poniedziałek podbić Nowy Jork.

-Jesteś gotowa na studia?

-Tak, jestem. Greg tam będzie, kilka dziewczyn które już poznałam. Kim, którą poznałam na kursach przed wakacjami również. Greg zna wszystkich bo nie jest pierwszoroczniakiem jak ja, ale mam nadzieję, że chociaż pomoże mi się zadomowić.

-Z pewnością.


Mama uśmiechnęła się szeroko wjeżdżając na podjazd naszego domu. Stał na nim nowy samochód, biały Land Rover Discovery, miał na przodzie przyczepioną czerwoną kokardę. Zakryłam usta ręką.
Gdy samochód zwalniał, otworzyłam drzwi i wysiadłam, mama zatrzymała całkowicie auto, wysiadła do mnie. 

-Wszystkiego Najlepszego skarbie- dodała.

-Mamo, nie możesz! 

-Owszem, może- wysiadł ze środka Greg, podając mi kluczyki- Nie poszedłem z nikim kochanie, uzgodniłem już to kilka dni temu z twoją mamą. Niedaleko tego sklepu było właśnie twoje auto do odebrania. Nie zostawiłbym cię dla kolegów- klepnęłam go w ramię.

-Nie uwierzysz jak zaczęła świrować- zaśmiała się mama.

-Nie świrowałam. Mamo! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Nie powinnaś- przytuliłam ją mocno i ucałowałam w policzki. 

-Wsiadaj do środka, przymierz się.

Tak też zrobiłam, wsiadłam za kierownice swojego nowego auta. 


-To za wiele mamo- powiedziałam zsuwając szybę w dół. 

-Nie skarbie, należy ci się, byłaś dzielna przez te wszystkie lata, a poza tym dostałaś się na wymarzone studia, niedługo masz urodziny, musisz mieć swoje auto.


Urodziny mam w lipcu, no ale dobra, pominę to zmyślanie. Uśmiecham się od ucha do ucha czując zapach nowości mojego auta. Wszystko tak pięknie w nim wygląda, skóra, biały lakier. Mama doskonale zna mój gust, wie co mi się będzie podobało, zanim ja się jeszcze do tego przekonam. 

-Dzieciaki w szkole osłupieją na widok tego cacka- zaczął Greg.

-O nie! Nie chcę by myśleli, że przyjechałam tutaj się popisywać kasą.

-Spokojnie, oni są zobojętniali, nie tylko ty jeździsz takim autem, ja też- zaśmiał się- A mam znajomych, nie zachowujemy się wyniośle, to po prostu los tak obdarował, nie panikuj.

-Nie, nie. Jeszcze cheerleaderka to już w ogóle będą sobie myśleli.

-Bez obaw, skarbie. Po prostu nam się poszczęściło. Ale nie martw się, zobaczysz czym tam jeżdżą inni, też mają fajne cacka. A ty łamiesz stereotypy tak czy tak, brunetka wśród morza blondynek, odważnie.

-Jesteś tego wszystkiego taki pewien.

-Znam swoją szkołę. Chodźmy do środka. Obejrzymy ten wasz Seks w Wielkim Mieście, będę dzisiaj jedną z was- roześmiał się.

Zaparkował moje auto i mamy w garażu, po czym przyszedł do środka gdy już miałyśmy zrobione tacos, chipsy i ciasteczka.

-No, no. Ustawiłem się, co? 

-Ej, ej- pacnęłam go w ramię i pogroziłam mu palcem.

Roześmiał się i musnął mnie w czoło. Uwielbiałam jego drobne gesty. Usiadłam na ziemi, na prze miękkim dywanie, wyciągnęłam nogi pod stołem i włączyłam film, siedziałam opierając się o kanapę na której za mną siedział Greg. Usnęłam chyba pod koniec filmu, rozbudziłam się dopiero czując, że Greg podnosi mnie z podłogi i zanosi na górę.

-A mama poszła do siebie? 

-Nie, obydwie padłyście, ją też zaniosłem.

-Jesteś taki kochany- dodałam sennie.

Greg położył mnie w mojej nowej sypialni i ułożył się obok, przytulił mnie do swojej klatki piersiowej i głaskał delikatnie po głowie dopóki znów nie zasnęłam spokojnie. 






sobota, 20 sierpnia 2016

Rozdział #1

Jestem tak strasznie podekscytowana! Przeprowadzka do Nowego Jorku, na Uniwersytet Nowojorski! Gdyby ktoś powiedział mi jeszcze jakieś cztery miesiące temu, że przeprowadzę się z Ohio do Nowego Jorku, nie uwierzyłabym, a teraz? Latam z pudłami jak opętana by niczego nie zapomnieć. Przeprowadzamy się już jutro rano. Mama i ja.

Może zacznę od tego jak się tam nagle znajdę? Moja mama Alice, słynna Pani Architekt dostała ogromne zlecenie. Oczywiście, ambicje biorą górę, nie będzie nadzorowała z daleka prac i spotkań, więc się przeprowadzamy. I dla mnie i dla niej to ogromna szansa. Aplikowałam na studia i dostałam się już w pierwszym terminie. Greg, mój chłopak był tak samo podekscytowany co i ja.

W końcu będziemy razem, we wspólnym mieście. Wiedziałam przecież od zawsze, że jak znajdę miłość to się okaże coś nie tak. No i? Wyszło jak zwykle. Greg mieszka w Nowym Jorku a ja w Cleveland. Poznaliśmy się na obozie sportowym, który odbywał się ponad rok temu w NY.
Byłam tam jako cheerleaderka, czy to w ogóle można zaliczyć by brać udział w obozie sportowym? Najwidoczniej tak. Można powiedzieć, że od razu była między nami chemia, dokuczał mi od początku. Wiem, dziecinne, ale to w jego wykonaniu urocze. W końcu dałam się zaprosić na randkę, tuż przed końcem obozu. I tak trwamy w odległości około piętnastu miesięcy. Zleciało... Za szybko.

Byłam już na kursie przygotowującym na moim nowym Uniwersytecie, odbywają się one właśnie dla takich jak ja z bardzo odległych miejscowości. Poczułam, że tam jest moje miejsce, od początku mi się podobało. Oczywiście zapisałam się na zajęcia i na eliminacje do drużyny cheerleaderek.
Dostanę się, wiem. Dziewczyny które przyszły były koszmarne. Przyszły bo je ktoś zmusił, dla dodatkowych punktów, dla zaliczenia wuefu. Ja przyszłam, bo uwielbiam to co robię. Lubię zagrzewać ludzi do kibicowania a przy okazji tańczyć. Greg jest futbolistą więc tym nam łatwiej będzie się widywać jako, że treningi mamy cztery razy w tygodniu, nie będzie problemu ze spotkaniami czy znalezieniem wolnej chwili dla siebie. Można powiedzieć, że od początku dogadywałam się z tamtejszymi dziewczynami z drużyny. Byłam tam zaledwie trzy dni, nie poznałam wszystkich, to były ostatnie dni przed wakacjami, więc szkoła nie była też już tak przepełniona. Krzątały się grupki ludzi po korytarzach, ale podejrzewam, że to była niewielka dawka ilości ludzi jakie tam przebywają codziennie.
Och. Byłabym zapomniała, będę jedyną brunetką w morzu tych wysokich blondynek. Do nich wyglądam jak klops. No dobrze, może nie do końca, bo jestem wysportowana i w ogóle, ale niska do tych wszystkich długonogich blondynek. Na szczęście z tego czasu co z nimi przebywałam, żadna nie okazała się być stereotypową blondi.

- Melody! Zejdź tu proszę, musimy jeszcze opróżnić garaż.

- Mamo, co ty chcesz zabierać z garażu? Nic prócz auta nie będzie ci tam potrzebne. Te wszystkie pierdoły chcesz ze sobą targać?- Zbiegłam na dół do garażu- Po co komu będzie ponton?- biorę go do ręki- A to? Co to w ogóle jest? Używałaś tego stepera kiedyś? Ja nie sądzę.

- Tam zacznę- dodała z przekonaniem.

- Doskonale wiemy mamo, że nie zdarzy się taki dzień w którym byś zaczęła ćwiczyć. Chyba, że poznasz jakiegoś seksownego trenera personalnego. Ale myślę, że nawet wtedy miałabyś opory.

- Mel! Nie przeginaj.

- A to?- biorę do ręki worek na śmieci zwinięty na półce- Mamo, tu są same przepisy. Ty nie gotujesz- zaśmiałam się, a ona wzięła ode mnie te przepisy.

- Zostaw je, dla trenera może się kiedyś przydać- mrugnęła do mnie porozumiewawczo.

- A to?- wzięłam karton z półki i nadal trzymając go na rękach osunęłam wieko- Och...- westchnęłam.

- Co tam jest?

- Nic mamo, pamiątki jakieś.

- Melody, co tam jest?- dodała stanowczo.

- Rzeczy, różne rzeczy, zdjęcia, bluzki, przypinki, wszystko taty.

-Och, to to akurat możesz wyrzucić, tak samo jak on kiedyś nas.- powiedziała to głosem tak strasznie wyprutym z emocji.

- Załatwione- upuściłam karton na podłogę a zdjęcia się potłukły, opuściłam pokrywkę na karton- Myślę, że dzisiaj już starczy porządkowania w garażu.

- Aleś ty brutalna córko- zaśmiała się- Masz rację, nie potrzebujemy stamtąd za wiele. A teraz się kładź, jutro czeka nas długa droga. Nowy dom, nowi znajomi, z dala od tego bałaganu, co?

- Kocham cię mamo.

- Kocham cię Melody. Śpij dobrze.

Wiedziałam, że się stara. Starała się być twarda, ale wraz z otwarciem kartonu uchyliłam jej ranę. Od lat staramy się nie rozmawiać o tym dupku, a jednak dzisiaj otwarty karton wywołał coś czego wolałybyśmy uniknąć, typowego zakłopotania.
Nie miałam nigdy z tym problemu, że już go z nami nie ma. Nie dlatego, że mi nie zależało, po prostu zobojętniałam.
Gdy miałam dziesięć lat tata zaczął coraz później wracać do domu, wszczynał o byle co kłótnie z moją mamą. Nie pił, nie brał też narkotyków. Zdradzał, na potęgę. Moja mama starała się z nim wytrzymać. Dała radę tylko rok. W ciągu tego roku, pełnego kłótni doszczętnie wydawała jego pieniądze. Na mnie, na rozwój swojej firmy. Miał przecież ich sporo. Mama za dnia wyrabiała sobie nazwisko i fundamenty, a wieczorem starała się burzyć mury między nim a sobą. Niestety nie wyszło.
Było tak źle, że pewnego dnia zapakowała nasze walizki do auta, moją i swoją, pojechała jak gdyby nigdy nic po mnie do szkoły, wróciłyśmy do domu, ale tylko po to by zjeść z nim ostatnią kolację, to ja przekonałam mamę do tego. Mama schowała kluczyki do auta do kieszeni w swoich spranych jeansach i uczesała włosy w kitkę. Wyglądała tak młodo. Tata wrócił tego dnia do domu po jedenastej wieczorem, tym razem śmierdział alkoholem, ale nie tyle w tym złego... Wszedł chwiejnym krokiem do domu z KOCHANKĄ!!!

Uśmiechnął się bezczelnie na widok zrobionej przeze mnie kolacji, siedziałam z mamą przy stole i obserwowałam to przedstawienie. Tata podszedł do mamy i uderzył ją, w policzek.

- Mam dość- dodał chłodno prosto w jej twarz.

Pociągnął ją za rękę, mama złapała mnie i ciągnęła za sobą, tata zaś wyprowadził nas na zewnątrz domu i wszedł do środka zatrzaskując drzwi przed nosem.

- Widzisz Melody, zostałyśmy teraz same.

- To super!- ucieszyłam się, w sumie szczerze.

Miałam dość oglądania mamy płaczącej, niechętnej do niczego. Teraz widziałam jak na jej usta wypływał szeroki uśmiech. A z jeszcze większym wyszła z sali rozwodowej. Gdy przypadło jej z tego związku kilka milionów dolarów. Nazwisko jej własnej firmy nie ucierpiało. Ucierpiała tylko godność mojego ojca, a w sumie karykatury ojca, jego budżet. Nie widziałam się z nim od tamtego czasu, czyli jakieś siedem lat. I jestem najszczęśliwsza.

Moja mama robi dla mnie i za mamę i za tatę, niczego mi nie brakuje. Mam kochającego faceta, dostałam się do doskonałej szkoły. Przede wszystkim mam cudowną kobietę za mamę, tak dzielną, taką fantastyczną i szczerą. Jest dla mnie więcej niż mamą. Przyjaciółka, mama, tata, siostra, robi za wszystkich. Dla mnie układ doskonały.


Weszłam do pokoju i zapakowałam ostatnie rzeczy do swojego pudła, zdjęcia i pamiątki, ściągnęłam z półki zdjęcie z Gregiem, nasze pierwsze zdjęcie gdzie całuję go w policzek a on robi zdziwioną minę, oczywiście przekomicznie zdziwioną minę, ja mam na sobie strój cheerleaderki i uniesioną nogę a on swój strój futbolisty i w ręku kask. To był ostatni dzień obozu sportowego. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie i schowałam zdjęcie do kartonu na samą górę. Zakleiłam go taśmą, zniosłam na dół i schowałam w samochodzie.

"I jak kotku? Spakowana i gotowa?"
"Jak najbardziej! Już się nie mogę doczekać. Ciebie i Nowego Jorku, niby nie pierwszy raz, ale ekscytacja rośnie z każdą godziną. Zobaczymy się jutro?"
"Po co to pytanie? Wiesz, że tak. Zadzwoń do mnie jak będziecie dojeżdżać to wyjadę od siebie. Pomogę się Wam z mamą rozpakować. Śpij! Kocham"
"Dziękuję, kocham <3"

Poszłam do łazienki wziąć prysznic. Zmyłam makijaż i wrzuciłam na siebie ulubiony dres i koszulkę. Zeszłam na dół i wyszłam na taras. Rozpostarłam ręce na barierkach przy schodach, zeszłam na dół. Podwinęłam nogawki i usiadłam na brzegu naszego basenu. Zamoczyłam nogi i cieszyłam się panoramą miasta. Niewiarygodny widok rozpościerał się z tego miejsca. Jakby wszystko było u moich stóp. Okropnie będę tęsknić za tym miastem. Odłożyłam dłonie do tyłu i przyglądałam się jak miasto buzuje.
W powietrzu czuć było już jesienne powietrze, lato nie rozpieszczało już. Mieliśmy przełom sierpnia i września, powietrze mieszało się ze sobą, ale mnie tu było dobrze, zawsze było.
Spędziłam jeszcze na zewnątrz trochę czasu. Gdy ostatni raz spoglądałam na zegarek dobiegała trzecia, nie wiem czy do tego czasu czuwałam czy się przebudziłam, ale do rana nic nie było w stanie wyciągnąć  mnie z łóżka.