czwartek, 19 stycznia 2017

Rozdział #14

Poszłam.

Okazuje się, że jestem chyba całkowicie szalona. Pływaliśmy w oceanie, choć było cholernie zimno, chodziliśmy po plażach gdzie nikogo nie było, poznawaliśmy się jakby lepiej. Czwartek wieczór, cały piątek, sobotę i pamiętną niedzielę.
Wyjaśniłam wszystko Gregowi, powiedziałam, że potrzebuję przemyśleć trochę rzeczy, czy na pewno umiem mu wybaczyć, tak wiem, zagrałam trochę na czas i to troszkę nie fer, ale i on nie był ze mną zawsze szczery.

Niedziela. 

Odwiedziłam Louisa w jego apartamencie. Wszystko było ze soba tak spójne. Biel, czerń i szarość. Bardzo to do niego pasowało. Oprowadził mnie po swoim mieszkaniu, zahaczając o swoją sypialnię, która o dziwo była w czerwieni i szarości. Bardzo dobrze to wszystko ze sobą komponowało. Louis w salonie sięgnął po pilot do wieży i włączył jakąś muzykę, która bardzo, bardzo wpadała w ucho. Zaczęłam delikatnie się kołysać w jej rytm, przechadzając się po salonie i oglądając ramki ze zdjęciami, które było nieco wyżej nad kominkiem.

-Zobacz co mam- powiedział nieco głośniej ze śmiechem w głosie Louis z kuchni.

Odwróciłam się do niego i zobaczyłam, że trzyma w rękach butelki z winem. Krzyknęłam zadowolona z salonu i pobiegłam prosto do kuchni.

-Chcesz kieliszek?- zapytał.

-No co ty, otwórz butelkę i chodź na balkon. Widziałam całkiem niezły widok z tego piętra. Chcę to zobaczyć jeszcze raz.

Louis otworzył nam butelkę z winem. Wzięłam kilka łyków w domu, po czym wyszłam na jego taras. Widok był przepiękny, było widać wzgórza, kilka drzew, mało ludzi, całkiem spokojnie jak na to miasto. Tak jakby było wyrwane z rzeczywistości, jakby nie było tutaj tego całego hałasu. Staliśmy z Louisem na balkonie dosyć długo, gadaliśmy, śmialiśmy się, potańczyliśmy nawet. Poszła jedna, druga, nawet trzecia butelka wina.

Stałam obrócona w stronę ulicy, gdy poczułam klatkę Louisa przywierającą do moich pleców. I to, to było przyjemne. Odwróciłam się w jego stronę, on położył swoje ręce na barierkach tak bym nigdzie nie uciekła. Nie miałam na to najmniejszej ochoty. Pochylił się by mnie pocałować, poszłam na to jak w ogień. Musnął pierw moje usta delikatnie by wybadać czy odwzajemnię pocałunek, ale ja, zatraciłam sie w tym. Musnęłam go raz, dwa, trzy, aż obydwoje się w tym zagubiliśmy, całowaliśmy się namiętnie, z pasją, jakiej nigdy nie czułam, może raz, gdy moje usta zetknęły się z Justinem.  Ale to było, minęło. Całowałam się z Louisem, tak jakbyśmy obydwoje długo oczekiwali swoich ust. Przygryzłam delikatnie jego wargę i weszliśmy do środka jego mieszkania. Poszłam z nim za rękę do sypialni. Obydwoje ściągnęliśmy z siebie ciuchy wierzchnie i zostaliśmy w samej bieliźnie.

Louis pociągnął mnie na siebie leżącego na łóżku, usiadłam na niego w rozkroku, po czym pochyliłam się by kontynuować pocałunek. To ja pierwsza ściągnęłam z niego bokserki. To ja pierwsza zaczęłam go drażnić, podobało mu się to, czułam jak lubił gdy miałam kontrolę, czułam jak rósł mi w dłoniach, pod moim dotykiem. On zdjął mi stanik, delikatnie zsunął ze mnie koronkowy materiał majtek.

Niech ta chwila wiecznie trwa. Teraz u mnie wszystko gra. Zatraciliśmy się w tej chwili. Jego delikatne dłonie gładziły mnie po ramionach i brzuchu gdy byłam pod nim. Jego język wytaczał szlak od szyi do pępka. Spojrzałam w jego oczy, on spojrzał w moje, wiedziałam co nadchodziło. Spoglądał na mnie jakby pytał o zgodę, automatycznie przytaknęłam.
Nałożył na swojego oszołamiającego penisa prezerwatywę po czym wszedł we mnie z nadmierną delikatnością. Jęknęłam delikatnie czując przyjemne wypełnienie. Czując rozkosz coraz bardziej się rozluźniałam, coraz mocniej drapałam jego plecy, słysząc syknięcia mi do ucha, sprawiało mi to ogromną przyjemność, słyszeć, że potrafię go do tego doprowadzić.

No i działo się, kochaliśmy się prawie całą noc. W każdej możliwej pozycji. Padliśmy do snu około czwartej nad ranem, wtuleni w siebie na łyżeczki. Nikt nigdy, nie sprawił mi jeszcze takiej przyjemności. Słyszałam jego lekkie pochrapywanie i przyjemny zapach ciała.

Przebudziłam się w poniedziałkowy ranek około ósmej. Słońce było już na niebie i pięknie wypełniało pokój. Louis twardo spał obok mnie. Obudziłam się koło faceta, którego tak krótko znałam. Czy żałowałam? Nie byłam jeszcze tego pewna. Czy był dobrym kochankiem? Zdecydowanie tak.

Wyczołgałam się z łóżka owinięta tylko tylko prześcieradłem. Pognałam szybko do łazienki obmyć twarz i odświeżyć siebie. Uczesałam włosy w kitkę i założyłam na siebie wczorajsze ubrania. Jak cień przemknęłam przez mieszkanie Louisa, złapałam swoją katanę, telefon i torbę. Moją uwagę przykuło zdjęcie w korytarzu, obok talerzyka z kluczami. Wczoraj nie zauważyłam tego. Był na nim Louis, jakaś kobieta, około trzydziestki i maluch. W co ty się Mel znowu wpakowałaś...

Nie było czasu na zastanowienia. Ubrałam swoje trampki najszybciej jak umiałam i wyszłam z jego mieszkania nim mnie jeszcze w nim zastał. Co ja sobie myślałam... Przecież seks wszystko komplikuje. Jeszcze to zdjęcie, no i Greg, przecież to mój facet... Jak mogłam.

Czy żałuję? Chyba już teraz tak... Wyszłam z budynku i wsiadłam do pierwszej wolnej taksówki, która była w pobliżu.  Z niej zadzwoniłam do mamy i wyjaśniłam jej wczorajszy wieczór.

-Siedzieliśmy nad projektem w szkole z Kim mamo. Jadę do domu się odświeżyć i będę pędziła do szkoły. Mam na dziewiątą piętnaście więc zdążę, jest chwilka po ósmej dopiero mamo. Zdążę, kocham, do zobaczenia po południu.

Do Grega wysłałam smsa z treścią- Musimy porozmawiać. Dzisiaj na przerwie obiadowej, do zobaczenia ;*-

Złagodziłam to emotką, żeby biedny się aż tak nie stresował.

Wjechałam szybko do domu, przeczesałam włosy, ubrałam się w lepsze ciuchy, wzięłam prace, które muszę dzisiaj oddać. Oczywiście mogłam iść na uczelnie prosto z domu Louisa, ale to by było za szybko, on ma jakieś dziesięć minut do mojej uczelni. Poza tym, wszyscy by wiedzieli co robiłam, dzisiaj rano było to bardzo dobrze widać. Poprawiłam sobie makijaż, i wyszłam do garażu po swój samochód.



Zajechałam do szkoły dopiero około dziesięć po dziewiątej. Przebiegłam prawie cały kampus by zdążyć na zajęcia. I byłam! Byłam na czas, pierwsze zajęcia, angielski. Dosłownie minutę po tym jak wbiegłam do klasy i zajęłam miejsce obok Kim, wszedł Justin i Rektor uczelni. 

-Od dzisiaj będzie wam wykładał nowy nauczyciel, poprzedni wykładowca niestety, musiał odejść. Poważne problemy zdrowotne, nie wróci przez co najmniej najbliższe trzy, może sześć miesięcy by was uczyć, dlatego przywitajcie waszego nowego nauczyciela z szacunkiem. Wszyscy wiemy, że z wami nie jest łatwo. Jest bardzo ambitny, z tego co słyszałem świetnie przekazuje wiedzę, zna cały materiał jaki już przerobiliście, osobiście się spotkał z waszym byłym profesorem. Jest tylko nieco starszy od was więc mam nadzieję, że złapiecie kontakt.

-Boże, czy on mógłby przestać już gadać- stękał za mną Justin.

-Sam wiesz, że on tak zawsze, choć w sumie może nie wiesz, rzadko tu bywasz- poprawiłam go, odwracając sie do niego- Więc bądź cicho.

-Ktoś tu się zrobił jeszcze bardziej zadziorny. Lubię takie- zaśmiał się. 

Odwróciłam się od Justina i spojrzałam na nowego nauczyciela. Szczęka mi opadła.

-Przedstawiam Louisa Tomlinsona, wasz nowy nauczyciel angielskiego. 


O MÓJ BOŻE- krzyknęłam w myślach. Jak? Dlaczego? Jak on mógł się tu znaleźć i być moim nauczycielem. To miał być jeden raz, jeden seks, chwila uniesienia. Spojrzałam na niego jeszcze raz mając nadzieję, że może się przeoczyłam. Nie, to nie była fatamorgana. To był on. Facet z którym spałam zeszłej nocy. I ten facet, ciągle na mnie spoglądał z tym swoim uśmiechem.

Kompletnie nic a nic nie wyniosłam z wykładu. Tylko to, że ma cudowne oczy, piękny uśmiech, i bardzo, bardzo wyraźny brytyjski akcent, w którym można się zakochać. Co z resztą połowa dziewczyn z tego co się rozejrzałam po sali zrobiła. Wszystkie były w niego wpatrzone jak w obrazek. 

-Za chwilę koniec wykładu, w sumie naszego małego poznania, mam nadzieję, że będziemy się dogadywać i dobrze porozumiewać. Teraz możecie zostawić mi te pracę, które wam zadał poprzedni profesor na biurku i możecie wychodzić przed czasem. Do zobaczenia.

Kim spojrzała na mnie i na Louisa.

-Co?- zapytałam.

-Myślisz, że uda mi się go wyrwać?- zapytała Kim.

Wszyscy studenci zbierali się z sali zostawiając prace na biurku. 

-Nie wiem, musisz spróbować. Myślę, że to może być wykonywalne- zaśmiałam się. 

Wstałam z miejsca i wyciągnęłam z torby swoją pracę, ostatnia zostawiałam swoją pracę na biurku, jako ostatnia zostałam w sali, rozejrzałam się za Kim, ale ta już była roześmiana w towarzystwie Sary i Any. No ekstra.

-Zaczekaj, Mel- zaczepił mnie Lou.

-Słucham? Przecież oddałam pracę, Panie profesorze- uśmiechnęłam się.

-Nie mów tak do mnie, czuję się wtedy staro. 

-I w dodatku będziesz moim nauczycielem. To chore. To co się stało wczoraj,z dniem dzisiejszym wygasa, nie było tego. Nie można takich rzeczy robić z nauczycielem. Jeśli ktokolwiek się dowie, obydwoje mamy przerąbane. Co ludzie by sobie pomyśleli?

-Przecież nie musimy się ujawniać, tak? Możemy się spotykać poza szkołą, w szkole się ukrywać, wszystko jest możliwe.

-Nie, nie jest. Nie z nauczycielem.  Z resztą, widziałeś ile moich koleżanek tutaj ma na ciebie ochotę?

-I co z tego? Chcę tylko ciebie. Rozumiesz? 

-Nic z tego. 

Odwróciłam się do drzwi. Louis zamknął je jednym płynnym ruchem i przywarł do mojej szyi całując ją. Posadził mnie na ławce i całował mocno, z języczkiem. Czułam jak jego spodnie stają się ciaśniejsze. 

-Uda się- wyszeptał, ciągnąc mnie za włosy.

Jęknęłam zdecydowanie za głośno. 

-O kurwa- syknął on po czym mnie puścił- Zobaczymy się po szkole. U mnie- puścił mi oczko i odkluczył drzwi. Klepnął mnie w tyłek.

Do sali wszedł rektor spoglądając na naszą dwójkę.

-Czy coś się stało?- zapytał.

-Nie. Melody opowiadała mi o tym projekcie i ich grupie. Chcę poznać ich lepiej, żeby podchodzili do przedmiotu z przyjemnością.

-Dokładnie, z przyjemnością- uśmiechnęłam się i przytaknęłam im.

-Rozumiem. Melody, uciekaj na następną lekcję. A Pan, jestem bardzo zadowolony. Widziałem uczniów i uczennice wychodzące z pańskich zajęć, byli bardzo podekscytowani. Oby tak dalej. Mam nadzieję, że będzie się pan tu dobrze czuł. 

-Również mam taką nadzieję, ale mam dobre przeczucia. Podoba mi się ta szkoła.

Wyszłam z sali i poszłam w kierunku następnej lekcji. I tak cały dzień. Aż do przerwy obiadowej, gdzie musiałam się pożegnać z Gregiem. W końcu gdy się coś zaczyna, trzeba to skończyć, by móc dalej patrzeć w przyszłość. Z godnością.



poniedziałek, 9 stycznia 2017

Rozdział #13

Zawiozłam Grega prosto do domu by odpoczywał. Sama zaś pojechałam trochę za miasto. Plaża, szum wody, fale obijające się o skały. To wszystko zawsze mnie uspakajało.
Od kiedy zgodziłam się znów być z Gregiem, mam mieszane uczucia. We mnie w środku, byłam niespokojna.

Siedziałam tam dobre pół godziny spoglądając tylko przed siebie, uspokajał mnie taki widok. Zamyślona nie zauważyłam mężczyzny siadającego obok mnie dopóki się nie odezwał.

- Można?

- Tak, pewnie, proszę- uśmiechnęłam się szczerze, choć go nie znałam.

- Co tak śliczna dziewczyna robi  tutaj sama?

- Myśli o swoim chłopaku- zaśmiałam się i puściłam oczko, mając nadzieję, że zrozumie aluzję.

-Sprytne- uśmiechnął się ukazując szereg swoich śnieżnobiałych zębów.

Dopiero wtedy dostrzegłam, że jest całkiem przystojny. Opalony, ciemne włosy, zadbany. Wydaje się być całkiem sympatyczny, i taki jakiś, hm... Szczery?


Nie jest natrętny, nachalny, nie stara się za wszelką cenę poderwać dziewczynę. 

- Może powiesz w takim razie co cię tu sprowadza?- zapytałam z ciekawością.

- W przyszłym tygodniu zaczynam nową pracę, chciałem troszkę pomyśleć. Nie jestem stąd, nie znam za wielu ludzi, nowe otoczenie, to ogólnie sprawia, że się trochę denerwuje. 

- Och... Znam to. Też niedawno się tutaj wprowadziłam. Ale mi jako studentce jest chyba łatwiej nawiązać kontakty niż tobie, w końcu na uczelni tyle ludzi, że to chyba jakoś samo przychodzi. Eh.. Po co ja w ogóle mówię to nieznajomemu- pokręciłam głową.

-Czasem dobrze porozmawiać z nieznajomym. Masz pewność, że nic nikomu nie powie, bo... Nawet się nie znacie, nie będzie oceniał pod względem tego co się działo, tylko tego jak zostanie mu to przedstawione. Prawda?

-Tak, chyba tak.

-Louis- podał mi rękę.

-Czy to już nie będzie złamanie zasad?- zaśmiałam się.

-Być może, ale ja już tego co powiedziałem nie cofnę.

-Melody- podałam mu swoją dłoń. 

-Więc powiesz mi co tak na prawdę tu robisz?

-Kilka rzeczy miałam do przemyślenia. Właśnie wróciłam do.. No nie ważne, przecież nie znamy się, po co mam ci takie rzeczy opowiadać, to z resztą nieważne.

-Może masz ochotę się przejść przy brzegu?

-No, no okej, mam jeszcze chwilę czasu.

Wstałam ze swojego miejsca i otrzepałam spodnie z piasku, przeszliśmy bliżej wody, stąpałam swoimi trampkami po twardszej części piasku na brzegu, Louis zaś szedł obok mnie.  

Miałam takie dziwne wrażenie jakbym była ze swoim najlepszym przyjacielem, który nie ocenia, po prostu słucha i jest.

-Robisz czasem szalone rzeczy?- zapytał z szelmowskim uśmiechem.

-Chyba nie mogę ci powiedzieć, mam wrażenie, że jeśli powiem tak to każesz mi zrobić coś szalonego, a się nie znamy, więc trochę jestem niepewna. W końcu możesz być psychopatą, który chce mnie omamić i w końcu coś mi zrobić, albo zboczeńcem, który chce mnie zgwałcić, ale ostrzegam, umiem się bić więc jeśli chcesz mi coś zrobić to łatwo nie będzie, poza tym, jak z normalnej rozmowy zeszliśmy na takie tematy...- ciągnęłam swój monolog.

-Skończyłaś już?- pytał ciągle rozbawiony- Masz rację, to trochę dziwnie zabrzmiało, ale nie tak źle jak twój monolog, haha.

Zrobiłam obrażoną minę, a on, jak gdyby znał mnie, potarł mi kciukiem policzek i spojrzał na mnie.

-No, uśmiechnij się. Zrobimy tak, dam ci swój numer, napiszesz albo nie, jak zechcesz, i nie to nie jest podryw, ani nic, wiem, że masz chłopaka, wspomniałaś, pamiętasz?  Napiszesz, zadzwonisz, czy co tam zechcesz, może zaufasz mi bardziej.

-Przez telefon możesz sobie pisać co chcesz, każdy dobrze ściemnia w pisaniu.

-To zadzwoń na facetime mądralo, pogadamy, może bardziej mnie poznasz, a wtedy jutro powiesz czy robisz szalone rzeczy czy nie, co? 

-Hm... Wydaje się być całkiem fer, zgoda.


Poszliśmy razem w stronę parkingu gdzie zostawiłam samochód. Louis wpisał mi w telefon swój numer, po czym pożegnał się ze mną i poszedł  stronę swojego auta. Wsiadłam do samochodu z uśmiechem. Pojechałam prosto do siebie do domu. Zaparkowałam w garażu nie planując już dzisiaj niczego. Weszłam od strony drzwi garażowych.

-I jak kochanie w szkole? 

-Dobrze, zdziwisz się jak ci powiem, że jestem znów z Gregiem? 

-Ani trochę, wiem przecież, że się kochacie, mam nadzieję, że to przemyślałaś, no i mam nadzieję, że Greg przemyślał i żałuje tego co zrobił, tego co doprowadziło Was aż do zerwania, tak? 

-Wydaje mi się, że przemyślał wszystko, wiemy na czym stoimy. Wydaje mi się, że po prostu za długo byliśmy na odległość i trzeba się dotrzeć, nie spędzaliśmy nigdy tyle czasu ze sobą co teraz, to już nie ten sam związek co na odległość bo teraz żyjemy razem przy sobie a nie dzieli nas tyle kilometrów. Wydaje mi się, że dotarło to do niego i troszkę przygniotła ta odpowiedzialność, do tego jeszcze ta noga i narkotyki. 

-Nie będziesz się z nim spotykała jeśli bierze.

-Nie bierze, to był jeden epizod, już jest grzeczny- uśmiechnęłam się- Proszę nie martw się, panuję nad sytuacją.

Przytaknęła mi choć jej mina wcale nie była już tak przekonująca. Przytuliłam się do jej ramienia i ucałowałam w policzek. Zjadłyśmy razem spaghetti. Po czym mama wróciła do swoich zajęć architektonicznych. Codziennie jeździła nadzorować swoje dzieło. Byłam z niej taka dumna. Zawsze godziła nasze dobre życie, bycie mamą i spełnianie się w karierze. Choć byłyśmy tylko dwie, nie było momentu kiedy byśmy nie dały rady. Jesteśmy dla siebie opoką, której nikt nie mógł nigdy zburzyć. Ja zaś wróciłam do swojej szarej rzeczywistości, studia, anglistyka. Spojrzałam pierw w swój kalendarz, miałam do napisania trzy eseje na przyszły tydzień i do oddania jedną pracę zaliczeniową. Nie wiem jak ale zrobiłam to, zawsze byłam dobra w pisaniu, troszkę w ściemnianiu, z jednego zdania potrafiłam zrobić trzy linijki, znajdywałam dłuższe słowo, pisałam troszkę poetycko. Nada się? Oczywiście. Do późnego wieczora siedziałam nad zaliczeniami, ostatnią pracę poprawię jutro, albo w weekend, i tak nie mam planów więc będę mogła porobić pracę nadto, żeby mieć więcej czasu dla siebie. 

Wzięłam szybki prysznic, po czym założyłam czarną koszulkę i szare dresy na siebie, usiadłam na łóżku i spojrzałam w telefon, napisałam do Grega życząc mu dobrej nocy, nie odzywał się cały dzień, nie wiem czy ta noga go tak męczy czy po prostu jest zajęty? 

Weszłam w aplikację z wiadomościami i napisałam do Louisa. Nie czułam żebym robiła coś złego, ja też w końcu mogłam mieć swoich znajomych, nawet jeśli innej płci. Ciekawiło mnie co Louis robi w życiu, ile ma lat, mimo, że nie powinnam, w końcu jesteśmy nieznajomi, jakby... Jeszcze.

Po minucie telefon wyrwał mnie z zamyślenia, na ekranie wyświetlił mi się jego numer, dzwonił, w dodatku na wideochat, tak bym mogła widzieć czy mówi prawdę. Jednak mnie słuchał. Uśmiechnęłam się do siebie i odebrałam połączenie. Na moim telefonie ukazał się Louis, bez koszulki, jego klatkę pokrywało kilka tatuaży, no i były mięśnie, może nie jakieś ogromne, ale widać było, że formę ma, pewnie znacznie lepszą niż ja. Był w podobnych dresach do moich, i tak jak ja siedział już na łóżku.

-Więc jednak zdecydowałaś się zadzwonić, to już na pewno przekraczanie granic- zaśmiał się.

-To nie ja zadzwoniłam, tylko ty, ja wysłałam drobną wiadomość z zapytaniem, to wszystko.

-Ty dalej swoje- roześmiał się.

-Nie przeszkadzam ci? 

-Gdybyś przeszkadzała to bym odpisał a nie zadzwonił, jasne?

-Jasne- puściłam mu oczko.

- Więc o czym chciałaś porozmawiać? 


I tak to się zaczęło, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, bardzo długo, nawet nie wiem kiedy zmógł mnie sen.

-Dzień dobry- usłyszałam ze swojego telefonu, odwróciłam się i wystraszyłam, on nadal tam był- Wyspałaś się? 

-Czemu się nie rozłączyłeś kiedy zasnęłam? 

-Nie pamiętam, sam zasnąłem, nie skontrolowałem tego. Ale, zadałem ci pytanie.

-Tak, chyba tak, chyba się wyspałam, prawdę mówiąc, nie wiem kiedy tak odleciałam i spałam tak dobrze.

-Więc odpowiesz mi na pytanie?

-Nadal to będziesz drążył? Tak, czasem lubię szaleństwo.

-Będę to miał na uwadze- uśmiechnął się.

W momencie gdy to wypowiedział i uśmiechnął się ukazując dołeczki w policzkach, rozpłynęłam się, gdy nagle mój telefon spławił się czernią. Zero procent baterii, zaśmiałam się sama do siebie i podłączyłam telefon pod ładowarkę. Spojrzałam na zegarek, który już wybijał jedenastą. Super, nie trzeba iść na uczelnię, miałam czas by dokończyć wszystkie projekty i przyszłe zaliczenia, uwinęłam się w tym w kilka godzin. Około osiemnastej byłam już naprzód ze wszystkimi przedmiotami, zadaniami, zaliczeniami, projektami, miałam nawet odpukane swoje części grupowych projektów. Byłam z siebie dumna.

Mieliśmy dopiero czwartek a ja już miałam wszystko zrobione co powinnam zrobić w weekend. Co oznacza przestrzeń dla mnie i czas wolny. 

Tuż po dziewiętnastej zadzwonił do mnie Louis.

-Wpadniesz na plażę? 





piątek, 11 listopada 2016

Rozdział #12

Justin przywiózł mnie do domu. Na szczęście nikogo w nim nie było. Brakowałoby jeszcze pytań mojej mamy. Oczywiście wszystko jej wyjaśnię, tylko w swoim czasie.
Justin wszedł do mojego pokoju i usiadł na brzegu łóżka. Ja usiadłam po drugiej stronie.

-Na prawdę ci dziękuję za obronę, doceniam to co zrobiłeś, ale dzisiaj chciałabym już zostać sama, w porządku? Zobaczymy się jutro.

-Jesteś pewna, że wszystko jest już dobrze?

-Tak, przecież no, jestem tu, żyję, nic mi nie jest, mam wszystko prócz serca- uśmiechnęłam się i puściłam oczko.

-Nigdy nie odpuszczasz, co?- zaśmiał się- Pójdę w takim razie. Widzimy się jutro.

Podszedł do mnie, ucałował w policzek i wyszedł. Gdy usłyszałam na dole trzaśnięcie drzwi, odetchnęłam z ulgą, wypuściłam powietrze z płuc i rozpłakałam się. Pech, mam po prostu pecha, wszystko wisi nade mną aż w końcu bum. Nic nie idzie zgodnie z moimi myślami ostatnimi czasy. Co ja takiego w życiu zrobiłam, że takie rzeczy się dzieją? Zawsze byłam dla wszystkich, nigdy nie robiłam mamie na złość.

Pokręciłam głową, zdjęłam z siebie rzeczy i ubrałam wygodny dres, położyłam się w łóżku. Mam nadzieję, że to wszystko okaże się być snem, bo to sen, prawda?


-Skarbie, wstawaj, wyszykuj się do szkoły. Boże, te treningi cię wymęczą, padasz z nóg tuż po szkole?- zaśmiała się mama i wyszła z pokoju.

Tak, to te treningi mamo, oczywiście. Nic jej nie powiem, nie teraz.  Wstałam z łóżka zdeterminowana. Nie będzie mi żaden dupek psuł życia. Rok stracony, dobrze, że tylko rok, nie więcej. Cholera, dziewczyno, gdzie się podziały twoje zdolności samoobrony wczoraj? Kurczę. Mój instynkt mnie zawiódł. Czy ja liczyłam, że mnie nie uderzy?  Coś w każdym razie było ze mną nie tak. Wyszłam z łóżka i wzięłam prysznic, zrobiłam makijaż, ubrałam się i zeszłam na śniadanie.


-No, no córcia. Jak z wybiegu- roześmiała się mama.

-Korzystam jeszcze z pogody.

-Gregowi się z pewnością spodoba kochanie- dodała spoglądając na mnie pytającym spojrzeniem.

Mimika mojej twarzy od razu uległa zmianie. 

-Tu cię mam, co jest córeczko? 

-Nie jesteśmy już razem mamo.

-Kochanie! Jesteśmy tu tak krótko a ty już zrywasz? Czy po prostu to przerwa bo chcesz wiedzieć poznać samą siebie?

-Nie mamo, nie jesteśmy razem, nie będziemy. Wystarczyło tyle czasu by, no by po prostu pokazał jaki jest na prawdę. Nie jesteśmy dopasowani tak jak sądziłam. 

-Ale poradzisz sobie?

-Oczywiście, jestem już duża- uśmiechnęłam się. 

Zjadłyśmy w ciszy śniadanie, widziałam jak mama mi się przygląda, wzięłam więc jednego tosta w rękę i pojechałam na uczelnie nim dojrzała jakiekolwiek ślady czy siniaki. Byłam tam jakieś piętnaście minut przed zajęciami. Widziałam jak ludzie szeptali co nieco między sobą, ale tak to chyba wygląda w tych czasach? Jednak... Okazało się, że to nie ja byłam na ustach wszystkich ludzi, a Justin. Nie, nie w związku pobicia Grega wczoraj, nie chodziło też o mnie.

-Słyszałaś już?- przybiegła do mnie Kim z nowiną, najgorszą tego zasranego tygodnia. 

-Co słyszałam?

-Justin sypia ze szkolną psycholog!- roześmiała się.

Otworzyłam szeroko oczy.

-Poważnie?- roześmiałam się panicznie, nie dając nic po sobie poznać- Od kiedy? 

-Tak słyszałam, że od początku tamtego roku, ponoć rozwiodła się z mężem licząc na to, że gdy Justin skończy szkołę będą razem. Co za idiotka, jak można chcieć być z takim kimś? Czy ona nie wie, że była kolejną z zabawek, przecież to..

-Przecież to Justin- dokończyłam- Łatwo przepaść- uśmiechnęłam się łagodnie- Pójdę już na zajęcia. Zobaczymy się na obiedzie, tak? 

-Pewnie, przyniosę gorące nowinki!- potrząsnęła głową i roześmiała się idąc w kierunku swojej sali. 

Roześmiałam się, szczerze pierwszy raz tak mocno, nie mogłam się powstrzymać widząc jak bardzo kręci ją ten świat, to, że może wiedzieć coś z czyjegoś życia. 

Szłam do swojej sali wykładowej, przez główne drzwi do budynku wszedł Justin ze swoją kliką. No tak, porządne wejście mają. Justin rozglądał się dookoła wiedząc, na pewno wiedział, że o nim rozmawiali, nie jest aż taki głupi. Spojrzał prosto w moją stronę, stanęłam ze smętnym uśmiechem. To do niczego nie prowadzi. Przeszłam obok niego i jego "ludzi"  obojętna, wzrok Justina i mój spotkał się dosłownie na dwie sekundy. Przyspieszyłam kroku, dwie minuty Mel i będziesz w sali, dwie minuty. 

-Mel, proszę, pozwól mi wyjaśnić.

Szłam dalej, jego buciory tupały o ziemię jakby próbował za mną nadążyć. 

-Proszę! Pozwól- błagał- To był błąd. 

Zatrzymałam się momentalnie, tak, że jego ciało uderzyło we mnie, dosłownie poczułam jak się na mnie pcham, przytrzymał mnie delikatnie bym się nie wywróciła i zaczął mówić. Odsunęłam się z jego ramion na bezpieczny dystans. 

-Słucham. Zaraz idę na zajęcia, więc powiedz co masz do powiedzenia i skończmy to ganianie się. 

-Nie spałem z nią, znaczy, jasne, podrywała mnie, może trochę ja ją, ale nie spaliśmy ze sobą. Zostawiła męża bo na prawdę liczyła na coś więcej gdy tylko skończę studia, jesteśmy dorosłymi ludźmi mówiła, nikt nie będzie nam zaglądał w prywatne sprawy, to co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, to nasza sprawa. Tylko, że- zwiesił głowę- Kurwa, nie umiem. Jasne, sypiam z wieloma, ale nie z mężatkami, zwłaszcza z takimi z którymi mam kontakt codziennie w szkole. Byłem raz naćpany w szkole, ale nie sądzę bym się z nią przespał, nie wiem, ale nie sądzę by chciała ze mną się pieprzyć gdy byłem w takim stanie. 

Odchrząknęłam i wtedy na mnie spojrzał.

-Przepraszam- wykrztusił- Nie chciałem, żebyś dowiedziała się w taki sposób. Ja sam nie wiem czy coś się stało, a ludzie gadają, jak to ludzie, mam to gdzieś. 

-Ja nie mam. Podrywałeś ją... Ale pewnie, co z tym całym kochaniem Mel?- zapytałam.

-Nie powiedziałem ci przecież, że kocham.

Otworzyłam szeroko oczy.

-No, tak, racja, zakochiwać się, to miałam na myśli. Chyba jestem za głupia na takie zagrywki, wybacz. 

-Przepraszam, nie powinienem.

-Wiesz co, i tak nic  tego nie będzie, nawet gdybyśmy próbowali. W końcu wszyscy wiemy, że będę próbowała odbudować relację z Gregiem, czyż nie? 

-Słucham?! 

-Słyszałeś mnie. W końcu to mój chłopiec- uśmiechnęłam się.

-I co, będziesz tak latała ode mnie do niego?

-Nie odpowiem ci na to, kompletny brak szacunku, jesteś zwykłym... Ugh... Szkoda słów na ciebie.

-Nie przychodź tylko do mnie następnym razem jak omal nie zginiesz.

-Na razie- odeszłam do swojej sali. 


Justin coś jeszcze mruczał pod nosem, ale już nie słyszałam. Usiadłam w swojej sali wykładowej. Wtedy wszedł Greg do sali. Uśmiechnęłam się na jego widok. Dziwnie się poczułam. Obco a za razem jakby w domu. Greg uśmiechnął się z poobijaną buzią i ze złamaną nogą. On wymaga pomocy, nie tego by go zostawić. Usiadł do mnie do ławki i chwycił moją dłoń. Położył sobie na kolanie. Pochyliłam się do jego ucha i powiedziałam cicho. 

-Wierzę, wierzę, że w tobie jest miłość. Zaryzykuj i wpuść mnie ponownie. Byłam cierpliwa ale powoli tracę wiarę. 

-Jesteś tą do której należę, znam cię kochanie, przepraszam. 

Musnęłam delikatnie jego usta.

-Nie będziesz brał nigdy więcej tego gówna. Poważnie. Raz a wiesz czym to się skończy. 

-Nie będę, nigdy nie wiem jak to się znajduje w moim organizmie. 

Spędziliśmy ze sobą wszystkie wykłady. 

-Odwiozę cię, co?- zapytałam.

-Mama zaraz powinna być.

-Napisz, że ja cię zawiozę, nie fatyguj jej, już i tak pewnie się zrywa z pracy dla ciebie.

-Okej, zadzwonię. Pójdę tylko po podręcznik do szafki, bo muszę oddać zaległy esej i zaraz wracam. To może potrwać chwilkę- spojrzał na gips i poszedł do budynku. 

Stałam i czekałam przy aucie aż wróci. Wrzuciłam swoją torbę do tyłu i zamknęłam drzwi.

-Mel- podszedł Justin do samochodu- Nie chciałem cię dzisiaj obrazić, przepraszam. 

-Wszystko w porządku- uśmiechnęłam się szeroko.

-Poważnie? Nie chcę jakiś zadr między nami.

-Poważnie Justin, nie przejmuj się. Już wszystko jest w porządku.

-Podejrzewam, że jedziemy w tym samym kierunku. Podrzucisz mnie może? 

-Wiesz co, chętnie, ale powiedzmy, że mam już komplet w aucie.

-Przecież jesteś sama. 

-Nie do końca. Zabierzesz się z którymś ze swoich "ludzi"- roześmiałam się i spojrzałam na zbliżającego się Grega do samochodu.

-Mam go- pokazał podręcznik i spojrzał na Justina z przerażeniem w oczach.

-Serio, Mel. Nie rób tego?

-Czego nie robić? Być szczęśliwą?

-Nie z nim.

-Może z tobą?

-To byłoby świetne!- klasnął radośnie w dłonie.

Greg wsiadł samodzielnie do auta, ja zaś stanęłam na palcach i musnęłam Justina w policzek. Złapał się za niego jakby miał wyparować. 

-Do zobaczenia- puściłam mu oczko i wsiadłam do samochodu.



czwartek, 27 października 2016

Rozdział #11

Gdy auto się zatrzymało, byłam w kompletnym szoku. Przeżyłam, ale nie wiedziałam czy nadal chcę takiego życia. Auto stało jak gdyby nigdy nic, Greg siedział z uśmiechem na ustach, w ogóle go ta sytuacja nie obeszła. Znów był po narkotykach. Łzy leciały mi spod powiek, byłam wstrząśnięta, ale nie chciałam kłopotów. Głowę, ręce, nogi, miałam wszystko. Nawet nie bolała mnie głowa. Nie bolało mnie nic prócz ramion i uda. Co za zezowate szczęście, co?  Żadnego wstrząsu mózgu, bynajmniej tak czułam.

-Przesiądź się- rozkazałam mu, był bardzo posłuszny, zrobił to.

Cały czas się głupio uśmiechał.  Wsiadłam za kółko i pojechałam do jego domu. Nikogo nie było w środku. Greg wyglądał jakby nic nie było w stanie go teraz zniszczyć. Był uśmiechnięty ale jego wzrok... Gdyby mógł zabijałby nim. Wszedł do domu o własnych siłach, poszedł do pokoju, położył się. Zostałam dziesięć minut, poszłam sprawdzić jak się czuje. Spał. Zostawiłam go. Miałam to gdzieś.

Wyszłam z jego posiadłości. Zawołałam taxi, kazałam się odwieźć pod szkołę. Tam stało moje auto. Gdy zajechałam na miejsce, wszyscy dopiero zbierali się z meczu, drużyny rozchodziły się po swoich autach. Każdy zaczął wyjeżdżać z terenu szkoły. Nie chciałam nikogo spotkać, ale wiecie jak zawsze wychodzi.

-Mel!- zawołała radośnie Laura- Wróciłaś. O rany! Co ci jest? Wyglądasz jakby cię tir przejechał.

Tak też się czułam. Włosy miałam potargane, ciało obolałe, konkretne dwa miejsca pulsowały tak boleśnie mocno. Zarzuciłam na siebie katanę i zakryłam ciało, czułam, że siniak na ramieniu zaczyna mi wychodzić. Cholera!

-Źle się czuję, nie jestem w najlepszym humorze. Przyszłam po swoje auto, odwiozłam Grega do domu.

-Tak, słyszałam. Między wami okej?

-Nie. Ale będzie. Będzie okej- pokręciłam zrezygnowana głową- Musi być, w końcu kochamy się, nie?

-No, dobrze, trzymaj się.

Przytuliła mnie i ścisnęła po ramionach, wykrzywiłam się z bólu.

-Chyba nie zamierzasz z nim dalej być?- zapytał znany mi głos.

-A co mam zrobić. Potrzebuje pomocy, nie wysłucha nikogo innego.

-Potrzebuje psychologów, terapii, nie worka treningowego. Nie pozwolę na to.

-Nie jesteś za mnie odpowiedzialny.

Justin podszedł do mnie niebezpiecznie blisko i zsunął moją katanę z ramienia.

-Tak myślałem- ciężko zaczął oddychać- Zabiję go, poważnie Mel, nie obchodzą mnie konsekwencje, zabiję skurwiela.

-To nic, to drobny siniak, nie chciał tak mocno.

-Nie broń go, kurwa! Mel, proszę cię, nie broń go- dodał cicho.

-Nie bronię, poprawi się, zobaczysz.

-Mel, nie widzisz jaką głupotę robisz? Będzie cię niszczył.

-Nie, na prawdę, będzie lepiej, przekonasz się, obiecuję.

-Nic mi nie obiecuj, zobaczysz sama, ja nie będę miał jak cię obronić, on w końcu ciebie zabije.

-Nie zrobi tego.

-Jeśli kiedykolwiek jeszcze raz cię dotknie, źle, zabiję go.


Westchnęłam ciężko i wsiadłam do swojego samochodu. Wyjechałam spod szkoły za innymi uczniami. Z oczu spadały mi ciężkie łzy, otarłam oczy i wróciłam do siebie do domu.

Przez kolejny tydzień miałam w sumie spokój, Greg nie chodził do szkoły, miał za to płukanie żołądka, i odpoczywał w domu. Justina także nie było widać w szkole. Nie witał mnie już na tarasie każdego ranka z uśmiechem. Zaczynało się wszystko uspakajać. Greg chodził już więcej, oczywiście o kulach, ale szło mu to znacznie lepiej niż wcześniej. Przywykł do sytuacji. Przepraszał na każdym kroku, kupował mi kwiaty, wysyłał słodkie smsy tylko po to bym przestała się gniewać. Sęk w tym, że ja się nie gniewam, wybaczyłam, ale nie zapomniałam. Jestem z nim, bo sam sobie nie radzi. Dzisiaj poszliśmy do kina. Wow. W końcu coś. Cieszyłam się, że gdzieś nareszcie wyszliśmy, sami.

-Pójdę tylko o toalety i możemy wchodzić na salę, okej?- zapytałam.

-Pewnie, pójdę po napoje i nachos- musnął mnie w policzek i poszedł do kolejki.

Skierowałam się do toalety, w drzwiach minęłam się z nią. Boże jak ja jej nienawidzę. Blondyna. Której przypisano wiele ról. Nie znam jej prawdziwego imienia, ani nie chcę poznać, ale wiem, że jej nienawidzę. Greg za każdym razem zapomina jak się nazywała, wymyśla nowe opowieści o koleżance. Ugh!
Poszłam do ubikacji, później poprawiłam włosy i lekko nasmarowałam usta błyszczykiem.  Wyszłam z toalety i dołączyłam do swojego chłopaka. Rozejrzałam się dookoła, po dziewczynie nie było śladu. Greg stał uśmiechnięty i spokojny z napojami w dłoniach.

-Wziąłem ci colę zero jak zwykle a sobie zwykłą, ok?

-Co za różnica. Aż tak nie utyję od zwykłej.

-No, ale...

-Żartuje, nie stresuj się, nie jestem już zła. Film się zaczął, chodźmy, proszę.


Usiedliśmy obok siebie i przez ponad godzinę siedzieliśmy w ciszy. Nie odzywałam się i nie całowałam z nim. Nie jak reszta par. Oczywiście, zdarzało nam się tak wcześniej, ale teraz mieliśmy trochę na pieńku i nie bardzo miałam ochotę na jego usta wpijające się we mnie. Greg siedział spokojnie, oglądał film w skupieniu. Oparłam głowę na swojej ręce podpartej o podłokietnik.

Usypiałam gdy usłyszałam szlochy kobiet z tyłu. Och, no tak. Główny bohater wrócił do swojej ukochanej. Jakie to oklepane. Wstałam z fotela i wyszłam z sali, Greg dwie minuty za mną.

-Ładny ten film, co?

-Nie, ani trochę. Po co odchodził, skoro i tak wrócił, taki posłuszny, to głupie- szliśmy na parking.

-Och, no tak, ty pewnie wolałabyś kogoś takiego jak Justin.

-Co?- odwróciłam się do niego.

-Słyszałaś. Nudzisz się, nie? Ze mną? Masz dość.

-Przestań tak mówić.

-Nie byłabyś taką zołzą gdyby cię porządnie zerżnął jak resztę szkoły.

-Greg! Uspokój się.

Odwróciłam wzrok, otworzyłam szeroko oczy.

-Nie, nie znowu. Greg, znowu to brałeś?

-Nic nie brałem, dziewczyno. A nawet gdyby, ten twój chłoptaś też bierze.

-Nawet gdyby-przeciągnęłam powtarzając za nim- Przynajmniej się zachowuje. Nie jest takim protekcjonalnym dupkiem i chamem.

Od razu pożałowałam tych słów. Choć były prawdziwe. Nie żałowałam, że to powiedziałam, żałowałam tego momentu w których padły słowa. Greg był pod wpływem, był agresywny. Nie zdążyłam się schronić gdy jego ręka wylądowała na moim policzku, uderzając o niego mocno, za mocno. Zakręciło mi się w głowie. Plask rozbiegł się po parkingu. Greg złapał mnie za ramiona, siniaki, które już schodziły zostaną zastąpione nowymi. Szarpał mną i rzucał mi obelgi prosto w twarz. Uderzył mnie drugi raz. Wyszarpałam się z jego ramion i kopnęłam go w samo krocze, zwinął się z bólu i ukląkł na ziemię, dodałam do tego jeszcze mocny policzek. Jego jęk rozbrzęczał po całym parkingu.

-To koniec, nie dam rady z tobą już być, tak nie można. To koniec Greg.

Rozpłakałam się nim jeszcze dobiegłam do auta. Dzięki Bogu byliśmy moim samochodem. Pewnie tego nie zapamięta, ale dla mnie był koniec.

Zostawiłam go, nie dałabym rady dłużej tego znieść. Nie pozwolę się tak traktować. Miłość, co? To nie była już miłość. Nikt kto kocha nie zachowuje się jak wyrzutek. Mógł mnie obrażać, mógł mnie znieważać, ale przemoc, o co to, to nie. Nie posiadał mnie, więc nie będzie mnie traktował jak swoją zabawkę.

Niech sobie ma złamaną nogę, niech sobie go boli, mam to gdzieś, niech chodzi i kolejne dwa miesiące na rehabilitacje, już sam, mnie to nie będzie obchodziło. Nie postępuje się z drugim człowiekiem jak ze śmieciem.

Wróciłam do domu i wbiegłam na górę. W pokoju zrzuciłam z siebie ciuchy, weszłam do łazienki i stanęłam pod gorącym strumieniem. Niech ktoś ze mnie zmyje wszystkie ślady, proszę. Zmyłam siebie brud dnia dzisiejszego, umyłam głowę, obmyłam całe ciało. Gdy wyszłam spod prysznica, czekało na mnie najgorsze starcie. Obejrzenie siebie w lustrze. Ściągnęłam z siebie ręcznik i spojrzałam jednym okiem w lustro, zrzuciłam ręcznik na podłogę i otworzyłam drugie oko. Moje ciało wyglądało jak kompletna masakra. Siniaki na udzie, na biodrze, na ramionach, na przedramionach. Jak? Kiedy? Nie czułam ich wszystkich. Osunęłam się na podłogę i rozpłakałam. Jaki cudem się w to bagno wciągnęłam?

Siedziałam na ziemi dobre dwadzieścia minut nim byłam w stanie przebrać się w piżamę i położyć do łóżka. Mel, musisz jakoś jutro wyglądać w szkole. To chyba będzie najcięższy dzień w tej pieprzonej szkole od początku roku. W łóżku znów się rozpłakałam, nie wiem kiedy zasnęłam, ale wstałam jeszcze bardziej niewyspana niż wtedy gdy się kładłam. Wyszykowałam się automatycznie. Nie przykładałam do tego uwagi. Założyłam spodnie z dziurami i za dużą bluzę. Wzięłam swoją torbę i bez śniadania pojechałam do szkoły. Od rana mój telefon nie przestawał dzwonić. No tak Greg, pewnie nic nie pamięta.  Wyjaśnię mu to dzisiaj. Nie ma dla mnie znaczenia czy był pod wpływem czy nie, zrobił coś niewybaczalnego.

Byłam w szkole dopiero pięć minut przed pierwszym wykładem. Wyszłam z auta i pobiegłam prosto do budynku. Moje szczęście chciało bym akurat paskiem od torebki zahaczyła o klamkę drzwi wejściowych. Bum, torba zerwała się z paska, wszystkie rzeczy wypadły na ziemię. Byłam taka zażenowana.

-Hej, pomogę ci.

Tak! To był głos, który znałam, chyba pierwszy raz się tak cieszyłam, że go widzę. Uśmiechnęłam się szeroko, czułam, że uśmiech dochodził mi aż do oczu, podobnie jak łzy, te jednak zdołałam powstrzymać.

-Dziękuję, na prawdę nie miałam dzisiaj szczęścia.

-Co jest? Płakałaś?- przejechał kciukiem pod moim okiem.

-Jestem niewyspana, te prace zaliczeniowe mnie wykańczają.

-Mel- naciskał.

-Jeszcze jedna do napisania i się wyśpię, w końcu!- roześmiałam się. Widziałam jak mi się przygląda, zmieniłam więc strategię- No, to gdzie byłeś cały zeszły tydzień?

-Poza miastem- dodał i odszedł nie mówiąc nic więcej.

Poszłam na pierwsze trzy wykłady. Czas ciągnął się niemiłosiernie, miałam już dzisiaj dość, ta szkoła to ostatnie miejsce, w którym chciałam teraz być.
No i nadeszła przerwa na obiad. Całkowicie zapomniałam od wczoraj o jedzeniu, gdzie kiedyś było to dla mnie wszystkim, na prawdę, tu chipsy, tu pizza, przekąski, słodycze, ciągle coś.
Wyszłam z sali Pana Chestera i skierowałam się do budki z kanapkami.

-Hej, Mel, zaczekaj- Greg złapał mnie za ramię, delikatniej niż zwykle- Co się stało? Czemu nie odpowiadasz?

-Słucham? Greg, my nie jesteśmy już razem.

-Co? Od kiedy?

-O Boże- złapałam się za głowę- Znowu brałeś wczoraj, że nic nie pamiętasz?

-Nic nie brałem, kurwa. Jak nie jesteśmy razem, dlaczego?

-Uderzyłeś mnie! Dwa razy. Pokazać ci siniaki, które mi zrobiłeś?

-Przestań pieprzyć- syknął.

-Daj mi spokój, mówiłam, to koniec, nie dam się tak poniżać.

-Nie zrobiłem ci nic! Nie wymyślaj sobie Mel.

-Greg, poważnie, koniec, pobiłeś mnie.

Podszedł do mnie blisko i przystawił mi palec centralnie na środek klatki piersiowej.

-Nie możesz ze mną zerwać. Kochasz mnie.

-Nie kocham cię takiego, nie jesteś sobą. Jesteś okropnym człowiekiem.

-Wiesz co, dobra, weź to swoje idealne życie i wypierdalaj z mojego- pchnął mnie ręką w ramię.

Och, kolejna huśtawka nastrojów. Czyli mamy to samo... Fajnie. Nie dam się sprowokować. Nie tutaj. Pchnięcie starczy. Odwróć się i odejdź.

-A ty dokąd? Nie masz mi nic do powiedzenia?- zapytał, ciągnąc mnie za rękę.

-Nie, Greg, nie mam. Proszę, daj mi spokój- odpowiedziałam łamiącym się głosem- Nie jesteśmy...

I wtedy jego dłoń znów padła na mój policzek, lekko odwróciłam głowę krzywiąc się z bólu.
To co zdarzyło się później było dla mnie jak film w zwolnionym tempie. Justin powalający Grega na ziemię, uderzający jego głową raz za razem o trawnik, jego pięść na jego szczęce.

-Justin, starczy!- odciągnęłam go za jego czarną bluzę.

Ciężko było go utrzymać, jego masa a moja, to spora różnica. Ale dałam radę. Przyciągnęłam go do siebie i nie puszczałam dopóki Greg nie zebrał się z ziemi.

-Mel, proszę, porozmawiajmy- zaczął mówić.

-Spierdalaj- Justin odwrócił się do niego z miną zabójcy- Dość już narobiłeś.

 Moja twarz cała była pokryta łzami, czułam jak palą moje policzki.

-Mel- napierał Greg dalej.

-Wypierdalaj Sulkin, daj jej spokój, bo zginiesz, poważnie.


Otworzyłam szeroko oczy. Byłam przerażona całą sytuacją. Justin odwrócił się do mnie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. Cała się rozmazałam. Płakałam i płakałam, bluza Justina była cała przesiąknięta moimi łzami.

-Zabierz mnie do domu, proszę, nie chcę tu już być, chcę wrócić do siebie.

-Co ty mówisz, przecież teraz jest tu twoje miejsce.

-Chodzi mi o dom tutaj, nie chcę wracać do Ohio- roześmiałam się i klepnęłam go w ramię.

Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się ciepło.


No i skończyło się... Tyle wspomnień i czasu z Gregiem... A to wszystko przez narkotyki.  Super.







Chyba zdałam sobie sprawę, że nic już nie będzie takie samo. Nic a nic.

-Hej, maleńka, pytałem o coś- wyrwał mnie z zamyślenia głos Justina

-Hm? Co?

-Wracamy?

-Ach, tak, do domu, wracamy- pokręciłam głową wyrywając się z zamyślenia i skierowaliśmy się w stronę auta. Justin objął mnie ramieniem.


środa, 12 października 2016

Rozdział #10

Mieliśmy poniedziałek, byłam już gotowa by pójść na poranne zajęcia.

Póki była pogoda starałam się korzystać jeszcze ze strojów, później nie będzie okazji by je wynosić. Miałam już zrobiony makijaż, fryzurę.

-Zobaczymy się przed zajęciami?- napisałam do Grega.

-No- momentalnie przyszła odpowiedź.

Ależ bym pochmurniały. Nie widziałam go nigdy takiego, chyba ten wypadek za wiele zmienił pod jego główką. Nie sądziłam, że to na niego tak wpłynie. Był taki pesymistyczny. Ruszyłam jednak do szkoły z podniesioną głową, ludzie i tak nie będą pamiętali tego co się wydarzyło. Wszyscy tam byli nawaleni, naćpani, zbyt upaleni by cokolwiek zapamiętać ze słów. Może i gesty zapamiętali, ale słów nie, miałam taką nadzieję. I to się spełniło. Gdy przyjechałam pod szkołę, ludzie mówili tylko o wypadku, że Greg wpadł do rowu, nie pamiętali przez co. Czekałam na murku na jego przyjazd ze spuszczoną głową, aż pod swoimi nogami zobaczyłam jego eleganckiego buta i jedną zagipsowaną nogę. Zaśmiałam się pod nosem i spojrzałam na niego. Miał zdziwione spojrzenie.

-Z czego się śmiejesz? Z tego, że przez ciebie miałem wypadek? Już od wczoraj dostaję tysiące wiadomości, że przez naszą kłótnię wpadłem do tego rowu. Po cholerę oddawałaś mi kluczyki. Wiedziałaś w jakim byłam stanie?

-Podejrzewałam, ale nie byłam pewna. Z resztą powiedziałeś, że ta blondynka cię odwiezie, nie sądziłam, że jesteś taki nierozważny.

-Miałaś być tam ze mną Mel.

-Ty ze mną także, a tymczasem się naćpałeś i skończyło się jak skończyło.

-Jedno dobre z tego wyniknęło.

-Ciekawe co?- zapytałam.

-Byłem dziwnie spokojny, w sensie nic mnie nie obchodziło. Mecze, nasz związek, szkoła. Poczułem spokój i zejście ciśnienia z barków. 

-Super, fantastycznie. To może teraz będziesz to brał dla świętego spokoju?

-Zastanowię się nad tym- dodał.

-Kompletnie postradałeś zmysły. Odbija ci Greg.

Zostawiłam go na korytarzu samego. Nie spotkałam się z nim też na przerwie obiadowej. Nie dostałam żadnej wiadomości. Nie mogłam się skupić na żadnej czynności, jakby wszystko sprawiało mi trudność. Nie poszłam na dwa ostatnie wykłady, schowałam się w parku, czekałam tylko na godzinę kiedy będę mogła pojechać i odbębnić ten mecz. Właśnie wybiła ta godzina. Wróciłam się do szkoły powolnym spacerkiem, mijając zakochane pary, szczęśliwe rodziny. Wszyscy nagle staliście się tacy szczęśliwi jak nigdy, co? 

Weszłam do szatni i przebrałam się w swój kostium, dziewczyny rozmawiały między sobą, ja zaś byłam kompletnie wyciszona. Nie odzywałam się za wiele. Ubrałam tylko strój i wyszłam z szatni. Rozejrzałam się po trybunach i dostrzegłam Grega, z blondyną. No tak, mogłam się spodziewać. Greg stał swobodnie oparty o wejście sąsiedniej drużyny, podtrzymywał się na kulach i śmiał. Co jest, kurwa? 

Podeszłam do niego zdeterminowana.

-O, Mel, już gotowa? 

-Mogę cię prosić na słówko? 

-Wybacz na chwilę- przeprosił poprzednią rozmówczynię- No, co jest?

-Kto to?

-Nie wiem, poznałem ją dzisiaj, nie znam, sympatyczna cheerleaderka sąsiedniej drużyny.

-Poznałeś ją dzisiaj?

-Tak, a co?- uśmiechnął się.

-Nic, na prawdę nic, to nie ma sensu- dodałam do siebie, odwróciłam się i odeszłam.

Przecież wtedy powiedział mi o niej co innego... Czy na prawdę był aż na takim haju, że nic nie widział? Tak, z pewnością. Pozwoliłam, pozwoliłam mu swobodnie z nią flirtować. Nie było sensu wykłócać się z nim na oczach wszystkich, pozwoliłam tylko jednej łzie spłynąć po moim policzku. Weszłam do tunelu, dzielącego trawnik od szatni i tłumów ludzi zebranych na meczu. Minęłam kilku chłopaków z drużyny, którzy szli się rozejrzeć i pozbierać całusy od swoich wybranek na powodzenie.

-Hej, nic ci nie jest?- dobiegł mnie jego znajomy głos.

-Nie, rozmemłałam się trochę, wszystko będzie dobrze. 

-Co się stało?

-Stres.

-Stres? Dlatego płaczesz? Mel, nie oszukuj.

-Na prawdę. Zobaczymy się na murawie. Do boju!- wymusiłam z siebie uśmiech i wróciłam do szatni.

Żaden dupek nie zepsuje mi dzisiejszego wystąpienia, nawet gdybym była z nim dziesięć lat i by mnie zdradził, takie rzeczy nie będą wchodziły mi w paradę. Poprawiłam makijaż, ułożyłam włosy, wzięłam swoje pompony z szafki i przyczepiłam na twarz uśmiech. Wybiegłyśmy z dziewczynami z szatni dopingując naszą szkołę. Jak nastolatki, roześmiałam się szczerze. Wykonałyśmy jako gospodarze pierwszy zagrzewający układ. Po czym weszli nasi chłopcy na zewnątrz, przywitali się z tłumami. Drużyna przeciwna zrobiła to samo. Niestety, na trybunach więcej było osób sprzyjających nam. Mój sztuczny uśmiech zostawiłam w szatni za sobą, teraz na prawdę się uśmiechałam. Nie byłam najszczęśliwsza, ogólnie, ale byłam zadowolona, właśnie w tej chwili.

I tak zaczął się mecz, gdy chłopcy usłyszeli gwizdek, ruszyli do boju. Mecz się ciągnął niemiłosiernie, dopingowałyśmy jak na szpilkach. Justin, Luke, Tomas rzucali się by pozatrzymywać zawodników. Zdobywali punkty, przeciskali się między nimi jak strzały. 
Mimo, że powinien składać się z czterech piętnastominutowych kwart, siedziałyśmy tam już prawie drugą godzinę. Zegar gry był co chwile zatrzymywany, chłopaki rzucali się na siebie, ale w końcu nasza drużyna zdobyła prowadzenie. Mieliśmy to, do końca zostało osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, zero! Zero sekund! Wygraliśmy to! Tak! Tak! Tak! Chłopców czekał awans, co oznaczało coraz więcej meczów wyjazdowych. Super! Będzie można pojeździć i pozwiedzać, przy okazji robić to co się lubi. Dziewczyny łącznie ze mną rzuciły się w stronę zawodników. Byłyśmy w czystej ekstazie po zwycięstwie naszych mistrzów. Rzuciłam się Justinowi w ramiona ze śmiechem, podobnie robiły dziewczyny, Chloe, Laura, Casandra, wszystkie cieszyły się z zawodnikami. Splotłam z Justinem swoje palce i podniosłam jego dłoń do góry w geście zwycięstwa. 

Greg, o nie, Greg, rozejrzałam się dookoła, pewnie czuje się strasznie wykluczony. Poświęcił tej drużynie tyle czasu a nie zagrał w pierwszym meczu sezonu. Spojrzałam w stronę trybun i zobaczyłam go, jego lodowate spojrzenie. Zbierał się stąd, wychodził powoli o kulach. Puściłam szeroko uśmiechającego się Justina i wybiegłam za swoim chłopakiem. Wyszłam akurat w momencie gdy wręczano im puchar. 

-Greg! Zaczekaj.

-I co, teraz dasz dupy Justinowi? 

-Słucham?! Greg! To ja, twoja dziewczyna, halo, jesteś tam jeszcze? Co ci odbiło?  Na prawdę myślisz, że mogłabym być z kimś innym prócz ciebie? 

-Tak, widziałem, pchałaś się na niego, niemalże byście zaczęli uprawiać tam seks, na tej trawie.

-Odbija ci, poważnie, masz nieźle w czubie. Co w ciebie wstąpiło? Dlaczego się do mnie tak odzywasz?

-Dlatego, że ostentacyjnie go kusisz- położył dłoń na moim ramieniu i mocno je ścisnął, skrzywiłam się z bólu.

-Greg, przestań, to boli- wyrwałam się mu.

-Nie rób tego więcej- dodał.

-To ty flirtowałeś z blondi.

-Ona jest nieistotna dla tej rozmowy.

-Czyżby? 

Justin wybiegł z budynku, dobiegł do miejsca w którym stałam ze swoim facetem.

-Nic ci nie jest?

-O, proszę, przyszedł wybawiciel. No, proszę, rzuć się w jego ramiona.

-Greg, skończ- zaczęłam.

-Zamknij się Mel, niech twój kochasz przemówi.

-Stary, myślę, że ten wypadek nieźle ci namieszał. Jedź do domu, odpoczywaj.

-Żebyś mógł ją wybzykać? 

-Co? Greg, poważnie, odpuść, nic między nami się nie dzieje.

-Mel, zabierz rzeczy, jedziemy do domu.

-Nigdzie nie jadę.

-Proszę, pojedź ze mną, muszę się położyć.


Pokręciłam zrezygnowana głową. 

-Dobrze- oznajmiłam zaskakując chyba nas wszystkich- Pojadę. Ale moje auto?

-Przyjedziesz z mamą do szkoły, nic mu się tu nie stanie. Ja jutro odpuszczę- dodał.

Justin wrócił do swoich mistrzów, ja zabrałam wszystkie swoje rzeczy i poszłam do wozu Grega.

-Dobrze, że twoja mama ma automat.

-Przydaje się po wypadkach- uśmiechnął się. 

Przewróciłam oczami. Greg ruszył spod szkoły.

-Nie zachowuj się więcej jak cichodajka, ok?

Dziwnie się zachowywał. Miły, zimny, sukinsyn, miły, zimny, sukinsyn, i tak w kółko. O, nie, znałam to zachowanie. Greg wyjeżdżał spod szkoły gdy zorientowałam się co znów wziął. Było za późno, jechał za szybko, przyspieszał nie zważając na inne auta.

-Greg, rozwalisz to auto! Zatrzymaj się, proszę- w oczach wzbierały mi łzy gdy mknął za szybko, przez zabudowane tereny- Greg! Cholera, Greg.

Nie reagował, zaczął zmieniać pasy i wyprzedzać auta. Położył dłoń na moim udzie i ścisnął je niemiłosiernie mocno. Zapiekło mnie. Bądź dzielna, zatrzymaj wóz, tylko to brzęczało mi w głowie.
Ściągnęłam jego ręce z kierownicy i wcisnęłam minus na kółku by auto zaczęło zwalniać. Greg podniósł rękę i przechylił kierownicę w lewo, auto zmieniało pas, prosto na nadjeżdżającego na nas busa. 

-Kurwa, Greg! 

Ściągnęłam kierownicę w swoją stronę, wcisnęłam światła awaryjne i zacisnęłam hamulec ręczny. Auto jakby nas nie słuchało, wjechało na cholerną kupkę piachu po prawej stronie drogi i zaczęło dachować, trzy obroty, obróciło się trzy razy. Nigdy się jeszcze tak nie bałam. Schowałam głowę w ramionach, między nogami. Proszę, proszę, chcę przeżyć. 

środa, 5 października 2016

Rozdział #9

To była drobna chwila słabości, drobna, maleńka chwila.  Staraj się o tym zapomnieć. Stoję na tym pieprzonym tarasie od pół godziny. Matka Grega starała się do mnie dodzwonić już z pięć razy. Żadnego z tych połączeń nie odebrałam. Wyłączyłam w końcu telefon by uciszyć przypominanie o tym, że nie jestem już singielką. Ciągle w związku. Więc co się do cholery właśnie stało?

Oparłam się o barierki na tarasie. Każdy jej telefon przypominał mi o tym co się stało, co mnie tu zatrzymało. Czułam, że mam na sobie jego ślady. Czułam, że wszyscy będą wiedzieć.

Justin wychodząc był taki spokojny, jakby nic się nie wydarzyło. Wykorzystał moją słabość, pewnie ma to w zwyczaju.  Pozbierałam swoje myśli i swoją godność z podłogi. Włączyłam telefon, wyszłam z domu i wsiadłam do swojego auta, pojechałam prosto do szpitala. W drodze do jego sali usłyszałam  donośny głos jego matki.

-Gregory Lucas Sulkin! Jak mogłeś wziąć narkotyki!?- wpół na niego krzyczała a na wpół pytała.

-Mamo, nie wiem, nie brałem tego świadomie, nawet nie wiem co to było. Ale było, było za mocne. Nie pamiętam połowy rzeczy.

Zapukałam do sali, słysząc jak zaczyna się plątać w wypowiedziach. Wszystkie oczy skupiły się na mnie.

-O! Kochana, próbowałam się do ciebie dodzwonić, że już się obudził, że możesz przyjechać.

-Przepraszam, chyba przysnęłam, telefon mi padł całkowicie. Przepraszam.

-No, już w porządku. Posiedź z naszym chłopcem- uśmiechnęła się do mnie czule- A z tobą dokończę rozmowę później młody człowieku- wskazała palcem na syna- Do później.

-Dostaniesz niezły opieprz za jakieś pięć godzin, gdy będziemy się zmieniały- zaśmiałam się-  Co ty sobie myślałeś Greg?

-Nie myślałem, nie pamiętam nic, nie wiem co wziąłem, ani kiedy, kto mi to dał.

-Kim była ta blondynka przed budynkiem?

-Kto? Nie pamiętam żadnej dziewczyny, Wiem, że poszliśmy razem na imprezę, później poszedłem po drinki i bum, nic więcej nie pamiętam, nie wiem czy upiłem drinka czy nie, czy coś w nim było. Pamiętam jeszcze, że z kimś się kłóciłem, głowa mnie wtedy zaczęła okropnie boleć. Pomyślałem, że pojadę do domu. I obudził mnie ból, słyszałem jakiegoś chłopaka, który mówił, że będzie dobrze.

-Justin- szepnęłam- On mówił ci, że będzie dobrze, on cie tu przywiózł.

-Co? Dlaczego?- podrapał się posiniaczoną ręką po głowie.

-Nie wiem- odpowiedziałam.

Myślałam zupełnie co innego... Wiem, że cię przywiózł tu, bo wiedział ile dla mnie znaczysz, wiedział, że byłabym nieszczęśliwa po utracie miłości... Odrzucił samolubne myśli i przywiózł go tutaj. Chyba muszę mu podziękować.

-Kochanie, co tak myślisz?

-Byłeś taki agresywny. Tamtej nocy, byłeś agresywny w stosunku do mnie. Obawiam się, nie chcę powtórki.

-Ja? Agresywny? To z tobą się kłóciłem?

-Tak, chyba jeszcze nigdy mnie tak nie zwyzywałeś. Popchnąłeś mnie. Czułam się okropnie.

-Mel, przepraszam- zakasłał- Na prawdę przepraszam, nie byłem sobą.

-Też cię tak tłumaczę. Nie chcę by to była twoja druga natura czy cokolwiek w tę stronę.

-Bądź o to spokojna, nie wezmę więcej tego gówna, na prawdę przepraszam, odpokutuje ci to co zrobiłem.

-Nie chodzi o to, po prostu postaraj się by już więcej tego nie zrobić, nie chce się tak więcej poczuć.

-Obiecuję, kocham cię, pamiętasz?

-Pamiętam- uśmiechnęłam się. Położyłam dłonie na jego ręce ułożonej wzdłuż ciała. Głaskałam go dopóki nie zapadł ponownie w sen. Ułożyłam głowę na materacu i zamknęłam oczy. Obudziłam się z mokrymi powiekami, co się stało? Poczułam lekkie szturchanie w ramię.

-Melanie, wstawaj, pora na zmianę- to była jego matka- Jedź i odpoczywaj, przyjedziesz rano, prawda?

-Tak, oczywiście, nie zostawię go gdy najbardziej nas potrzebuje.

Czułam, że jego mama prosi mnie o coś głębszego niż wrócenie tylko do szpitala. Wyszłam z budynku i skierowałam się do swojego samochodu. Poprowadziłam się sama w kierunku jego domu, mojego sąsiada, oczywiście. Wjechałam na podjazd. Justin majstrował coś przy swoim motorze. Moja reakcja zdziwiła nas oboje. Nie zachowywałam się jak ja. Wysiadłam gwałtownie z auta i podbiegłam do niego. Rzuciłam się mu ze łzami w oczach w ciepłe ramiona. Przytulał mnie tak mocno. Poczułam się bezpieczna i spokojna. Miał takie kochające ramiona. Wiedziałam, że był równie zaskoczony co i ja.

Czułam, że robię źle, ale gdy jego ramiona otaczały taką drobną mnie, rozpuszczało się wszelkie poczucie winy, które czułam wcześniej. Jakby ten cholerny wieczór coś zmienił. Pogładził mnie po włosach i wpił się w moje usta. Zachłannie pożerał mnie swoimi miażdżącymi ustami a ja pożerałam go. Z jego ust wydobył się jęk, pierwotny jęk gdy pociągnęłam go za włosy. Czułam się taka słaba, tak łatwo mu ulegałam, nie znałam go za długo a jednak, czułam jakbym znała przez co najmniej trzy lata...

Oparłam głowę o jego pierś, która unosiła się w stałym rytmie.

-Przepraszam. Ale dziękuję ci, że go ocaliłeś. Mógł zginąć tam na miejscu.

-Przestań przepraszać Mel, zrobiłaś to co poczułaś, że musi być zrobione.

-Wiem, że robię źle, a jednak to robię. Dwa razy w ciągu pieprzonego dnia!

Nie odzywał się, nie wiedział co  powiedzieć, zamurowało go? Czy chciał bym po prostu sobie ulżyła?

-Nie wiem, kto mu to dał- zaczęłam- Ale ten wieczór, jakby coś zmienił. Zranił mnie, nie tyle co psychicznie ale fizycznie, popchnął mnie, gdyby nie ty, wylądowałabym na tyłku. Kocham go, Boże, kocham, ale dlaczego to się stało.

-Hej, maleńka, może to znak, że coś trzeba zmienić i obrać nowy tor w życiu? Wiem, że cię uszczęśliwiał, dlatego go stamtąd zabrałem.

-Ty niby masz być tym torem?

-Nie mówię, że nie. Jestem do dyspozycji jakbyś nie miała lepszych kandydatów- uśmiechnął się zadziornie.

-Chyba muszę poczekać aż wyjdzie ze szpitala i zobaczyć jak się będzie zachowywał. Nie umiem go tak zostawić.

-Okej, wejdziesz może do środka?

-A w życiu. Nie zaciągniesz mnie do tej seks pułapki- szturchnęłam go w ramię- Nie ma mowy.

-Nie zapraszam tam dziewczyn. Nie zabieram ich nigdy do siebie.

-Wybacz, ale nie chcę słuchać o twoich podbojach. Robisz się taki milutki gdy czegoś chcesz, że aż zaczęłam prawie wierzyć, że możesz mieć do mnie dobre intencje, dobrze grasz, ale przejrzałam cię, tu nie zagrzejesz miejsca. Nie po tych wszystkich sezonowych panienkach. Dzięki za propozycję, ale nie- uśmiechnęłam się życzliwie i poszłam do swojego auta.

Gdy otwierałam drzwi, poczułam jego dotyk na sobie, odwrócił mnie w swoją stronę. Spojrzał mi głęboko w oczy, jakby chciał coś dopowiedzieć.

-Nie znasz mnie. Jasne, fakt, sypiałem z wieloma, ale od tego idzie się odzwyczaić i sypiać z tą, którą się kocha. Znaczy, jak mam to powiedzieć. Nie potrzebuje tabunu panienek, byłabyś tylko ty.

-Do widzenia Justin, muszę już iść.

-Przemyśl to, dobrze?

-Zobaczymy się na meczu, daj mi trochę przestrzeni, okej?

-Jeśli tego chcesz- powiedział zrezygnowany gdy wsiadałam do auta. Zamknęłam za sobą drzwi i wyjeżdżałam z jego podjazdu. Justin stal w miejscu gdzie wcześniej mnie przytrzymywał.
Co ze mną jest nie tak? To przecież nie mogą być tylko chwile słabości. Wiedziałam gdzie biec by znaleźć ukojenie. Tylko skąd moje ciało wie takie rzeczy.
Gdy wróciłam do domu zbliżała się już dwudziesta. Jeszcze starcie z mamą i będzie można iść do łóżka.

Zaparkowałam auto i weszłam od garażu do domu. Mama siedziała przy barku i czekała na mnie z jedzeniem. Kompletnie zapomniałam o jedzeniu, mój brzuch się odezwał. Byłam cholernie głodna.

-Jak się ma Greg?

-Dobrze, będzie zdrowy, w końcu. Nie zagra w poniedziałek, ale myślę, że za miesiąc, dwa już będzie powalał rywali.

-A ty córeczko jak się masz?

-Dobrze, znacznie lepiej niż on.

-Wiem, że to zabrzmi okrutnie, ale cieszę się, że nie jechałaś wtedy z nim.

-Pokłóciliśmy się, to przeze mnie leży teraz w szpitalu, oddałam mu kluczyki.

-O nie, moja droga. Jesteście dorośli, obydwoje podejmujecie swoje decyzje, prosił cię o klucze?

-Tak.

-Więc mu dałaś klucze, to co on zadecydował było nierozsądne. Nie bierzesz za to żadnej odpowiedzialności.

-Mamo, mogłam ich nie oddawać.

-Gdybyś nie oddała, mógłby podnieść na ciebie rękę. Mówiłaś, że cię popchnął.

-Delikatnie.

-Pchnął, nieważne z jaką siłą, zrobił to, karma wraca córeczko.


Przewróciłam oczami, zjadłam dwa tosty i trochę sałatki. Pocałowałam mamę w policzek na dobranoc.

Niedzielę także spędziłam w szpitalu, podtrzymywałam go na duchu gdy klął, że nie może zagrać w meczu. Ściskał moją dłoń za mocno, był nieźle nabuzowany tym, że nie może zagrać.

-Rodzice podstawią cię na mecz. Będziesz stał obok ławki przecież.

-Ekstra, na wózku, jak pieprzony inwalida.

I spędziłam kolejne trzy godziny by mu wytłumaczyć, że to tymczasowe, że ma się uspokoić. Ignorował mnie prawie cały czas, prychał na cokolwiek powiedziałam. O siedemnastej moja cierpliwość sięgnęła zenitu. Pożegnałam się z nim i wróciłam do domu. Bez żadnego kocham cię, bez pocałunku. Rozumiem, że może być pesymistą bo miał wypadek, ale do cholery, za grosz szacunku do tego co mówię.

Niedziela płynęła mi spokojnie. Odkąd wróciłam ze szpitala po siedemnastej ze znudzenia zdążyłam posprzątać, poukładać wszystkie rzeczy w swojej szafie. Zjadłam paczkę chrupek orzechowych i oglądałam jakieś pranie mózgu w telewizji. Nie miałam energii na nic innego. Tuż po dziesiątej położyłam się już do łóżka. Na prawdę nie miałam ochoty na robienie czegokolwiek produktywnego. Z resztą, jutro dosyć się wymęczę.

Padłam od razu, bez prysznica, bez zmiany ciuchów.

Uśmiechnij się kochanie- jesteś wtedy taka piękna- powiedział chłopiec o brązowych oczach z aparatem w dłoni- Uśmiechnij się dla mnie. 
I tak zrobiłam, wygięłam usta w szerokim uśmiechu i spojrzałam na niego. Pstrykał zdjęcia jak oszalały, każdy mój ruch uwieczniał na fotografiach. 
Siedzieliśmy na piaszczystej plaży i spoglądaliśmy co rusz na fale.
Podeszłam do niego i ucałowałam go z żarem.
-Powiedz, że jestem jedyną, powiedz to mojemu sercu.
-Jesteś, jesteś jedyna, przepraszam, że cię narażałem na niektóre rzeczy, że robiłem wiele głupot byś w końcu mnie zauważyła, ale to było warte.
-Czego warte?
-Twojego uśmiechu i pocałunków, tego jak na mnie spoglądasz z drugiej strony pokoju, jakbyś nie widziała niczego poza mną. 
-Dla mnie nie ma. Nie ma niczego poza tobą.
Chłopak wszedł do wody... Nie widziałam go więcej, zniknął.

Obraz się rozmazał, chłopak o głębokich brązowych oczach zniknął, a ja znów zostałam sama. Usiadłam na łóżku, spocona, rozgrzana, spod powiek cisnęły mi się łzy, kapały na moją pościel. Przetarłam oczy. Starałam się znów zasnąć. Chyba mi się udało, gdy zadzwonił budzik, przygniótł mnie ciężar dzisiejszego dnia, szósta dwadzieścia, fantastycznie.