piątek, 11 listopada 2016

Rozdział #12

Justin przywiózł mnie do domu. Na szczęście nikogo w nim nie było. Brakowałoby jeszcze pytań mojej mamy. Oczywiście wszystko jej wyjaśnię, tylko w swoim czasie.
Justin wszedł do mojego pokoju i usiadł na brzegu łóżka. Ja usiadłam po drugiej stronie.

-Na prawdę ci dziękuję za obronę, doceniam to co zrobiłeś, ale dzisiaj chciałabym już zostać sama, w porządku? Zobaczymy się jutro.

-Jesteś pewna, że wszystko jest już dobrze?

-Tak, przecież no, jestem tu, żyję, nic mi nie jest, mam wszystko prócz serca- uśmiechnęłam się i puściłam oczko.

-Nigdy nie odpuszczasz, co?- zaśmiał się- Pójdę w takim razie. Widzimy się jutro.

Podszedł do mnie, ucałował w policzek i wyszedł. Gdy usłyszałam na dole trzaśnięcie drzwi, odetchnęłam z ulgą, wypuściłam powietrze z płuc i rozpłakałam się. Pech, mam po prostu pecha, wszystko wisi nade mną aż w końcu bum. Nic nie idzie zgodnie z moimi myślami ostatnimi czasy. Co ja takiego w życiu zrobiłam, że takie rzeczy się dzieją? Zawsze byłam dla wszystkich, nigdy nie robiłam mamie na złość.

Pokręciłam głową, zdjęłam z siebie rzeczy i ubrałam wygodny dres, położyłam się w łóżku. Mam nadzieję, że to wszystko okaże się być snem, bo to sen, prawda?


-Skarbie, wstawaj, wyszykuj się do szkoły. Boże, te treningi cię wymęczą, padasz z nóg tuż po szkole?- zaśmiała się mama i wyszła z pokoju.

Tak, to te treningi mamo, oczywiście. Nic jej nie powiem, nie teraz.  Wstałam z łóżka zdeterminowana. Nie będzie mi żaden dupek psuł życia. Rok stracony, dobrze, że tylko rok, nie więcej. Cholera, dziewczyno, gdzie się podziały twoje zdolności samoobrony wczoraj? Kurczę. Mój instynkt mnie zawiódł. Czy ja liczyłam, że mnie nie uderzy?  Coś w każdym razie było ze mną nie tak. Wyszłam z łóżka i wzięłam prysznic, zrobiłam makijaż, ubrałam się i zeszłam na śniadanie.


-No, no córcia. Jak z wybiegu- roześmiała się mama.

-Korzystam jeszcze z pogody.

-Gregowi się z pewnością spodoba kochanie- dodała spoglądając na mnie pytającym spojrzeniem.

Mimika mojej twarzy od razu uległa zmianie. 

-Tu cię mam, co jest córeczko? 

-Nie jesteśmy już razem mamo.

-Kochanie! Jesteśmy tu tak krótko a ty już zrywasz? Czy po prostu to przerwa bo chcesz wiedzieć poznać samą siebie?

-Nie mamo, nie jesteśmy razem, nie będziemy. Wystarczyło tyle czasu by, no by po prostu pokazał jaki jest na prawdę. Nie jesteśmy dopasowani tak jak sądziłam. 

-Ale poradzisz sobie?

-Oczywiście, jestem już duża- uśmiechnęłam się. 

Zjadłyśmy w ciszy śniadanie, widziałam jak mama mi się przygląda, wzięłam więc jednego tosta w rękę i pojechałam na uczelnie nim dojrzała jakiekolwiek ślady czy siniaki. Byłam tam jakieś piętnaście minut przed zajęciami. Widziałam jak ludzie szeptali co nieco między sobą, ale tak to chyba wygląda w tych czasach? Jednak... Okazało się, że to nie ja byłam na ustach wszystkich ludzi, a Justin. Nie, nie w związku pobicia Grega wczoraj, nie chodziło też o mnie.

-Słyszałaś już?- przybiegła do mnie Kim z nowiną, najgorszą tego zasranego tygodnia. 

-Co słyszałam?

-Justin sypia ze szkolną psycholog!- roześmiała się.

Otworzyłam szeroko oczy.

-Poważnie?- roześmiałam się panicznie, nie dając nic po sobie poznać- Od kiedy? 

-Tak słyszałam, że od początku tamtego roku, ponoć rozwiodła się z mężem licząc na to, że gdy Justin skończy szkołę będą razem. Co za idiotka, jak można chcieć być z takim kimś? Czy ona nie wie, że była kolejną z zabawek, przecież to..

-Przecież to Justin- dokończyłam- Łatwo przepaść- uśmiechnęłam się łagodnie- Pójdę już na zajęcia. Zobaczymy się na obiedzie, tak? 

-Pewnie, przyniosę gorące nowinki!- potrząsnęła głową i roześmiała się idąc w kierunku swojej sali. 

Roześmiałam się, szczerze pierwszy raz tak mocno, nie mogłam się powstrzymać widząc jak bardzo kręci ją ten świat, to, że może wiedzieć coś z czyjegoś życia. 

Szłam do swojej sali wykładowej, przez główne drzwi do budynku wszedł Justin ze swoją kliką. No tak, porządne wejście mają. Justin rozglądał się dookoła wiedząc, na pewno wiedział, że o nim rozmawiali, nie jest aż taki głupi. Spojrzał prosto w moją stronę, stanęłam ze smętnym uśmiechem. To do niczego nie prowadzi. Przeszłam obok niego i jego "ludzi"  obojętna, wzrok Justina i mój spotkał się dosłownie na dwie sekundy. Przyspieszyłam kroku, dwie minuty Mel i będziesz w sali, dwie minuty. 

-Mel, proszę, pozwól mi wyjaśnić.

Szłam dalej, jego buciory tupały o ziemię jakby próbował za mną nadążyć. 

-Proszę! Pozwól- błagał- To był błąd. 

Zatrzymałam się momentalnie, tak, że jego ciało uderzyło we mnie, dosłownie poczułam jak się na mnie pcham, przytrzymał mnie delikatnie bym się nie wywróciła i zaczął mówić. Odsunęłam się z jego ramion na bezpieczny dystans. 

-Słucham. Zaraz idę na zajęcia, więc powiedz co masz do powiedzenia i skończmy to ganianie się. 

-Nie spałem z nią, znaczy, jasne, podrywała mnie, może trochę ja ją, ale nie spaliśmy ze sobą. Zostawiła męża bo na prawdę liczyła na coś więcej gdy tylko skończę studia, jesteśmy dorosłymi ludźmi mówiła, nikt nie będzie nam zaglądał w prywatne sprawy, to co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, to nasza sprawa. Tylko, że- zwiesił głowę- Kurwa, nie umiem. Jasne, sypiam z wieloma, ale nie z mężatkami, zwłaszcza z takimi z którymi mam kontakt codziennie w szkole. Byłem raz naćpany w szkole, ale nie sądzę bym się z nią przespał, nie wiem, ale nie sądzę by chciała ze mną się pieprzyć gdy byłem w takim stanie. 

Odchrząknęłam i wtedy na mnie spojrzał.

-Przepraszam- wykrztusił- Nie chciałem, żebyś dowiedziała się w taki sposób. Ja sam nie wiem czy coś się stało, a ludzie gadają, jak to ludzie, mam to gdzieś. 

-Ja nie mam. Podrywałeś ją... Ale pewnie, co z tym całym kochaniem Mel?- zapytałam.

-Nie powiedziałem ci przecież, że kocham.

Otworzyłam szeroko oczy.

-No, tak, racja, zakochiwać się, to miałam na myśli. Chyba jestem za głupia na takie zagrywki, wybacz. 

-Przepraszam, nie powinienem.

-Wiesz co, i tak nic  tego nie będzie, nawet gdybyśmy próbowali. W końcu wszyscy wiemy, że będę próbowała odbudować relację z Gregiem, czyż nie? 

-Słucham?! 

-Słyszałeś mnie. W końcu to mój chłopiec- uśmiechnęłam się.

-I co, będziesz tak latała ode mnie do niego?

-Nie odpowiem ci na to, kompletny brak szacunku, jesteś zwykłym... Ugh... Szkoda słów na ciebie.

-Nie przychodź tylko do mnie następnym razem jak omal nie zginiesz.

-Na razie- odeszłam do swojej sali. 


Justin coś jeszcze mruczał pod nosem, ale już nie słyszałam. Usiadłam w swojej sali wykładowej. Wtedy wszedł Greg do sali. Uśmiechnęłam się na jego widok. Dziwnie się poczułam. Obco a za razem jakby w domu. Greg uśmiechnął się z poobijaną buzią i ze złamaną nogą. On wymaga pomocy, nie tego by go zostawić. Usiadł do mnie do ławki i chwycił moją dłoń. Położył sobie na kolanie. Pochyliłam się do jego ucha i powiedziałam cicho. 

-Wierzę, wierzę, że w tobie jest miłość. Zaryzykuj i wpuść mnie ponownie. Byłam cierpliwa ale powoli tracę wiarę. 

-Jesteś tą do której należę, znam cię kochanie, przepraszam. 

Musnęłam delikatnie jego usta.

-Nie będziesz brał nigdy więcej tego gówna. Poważnie. Raz a wiesz czym to się skończy. 

-Nie będę, nigdy nie wiem jak to się znajduje w moim organizmie. 

Spędziliśmy ze sobą wszystkie wykłady. 

-Odwiozę cię, co?- zapytałam.

-Mama zaraz powinna być.

-Napisz, że ja cię zawiozę, nie fatyguj jej, już i tak pewnie się zrywa z pracy dla ciebie.

-Okej, zadzwonię. Pójdę tylko po podręcznik do szafki, bo muszę oddać zaległy esej i zaraz wracam. To może potrwać chwilkę- spojrzał na gips i poszedł do budynku. 

Stałam i czekałam przy aucie aż wróci. Wrzuciłam swoją torbę do tyłu i zamknęłam drzwi.

-Mel- podszedł Justin do samochodu- Nie chciałem cię dzisiaj obrazić, przepraszam. 

-Wszystko w porządku- uśmiechnęłam się szeroko.

-Poważnie? Nie chcę jakiś zadr między nami.

-Poważnie Justin, nie przejmuj się. Już wszystko jest w porządku.

-Podejrzewam, że jedziemy w tym samym kierunku. Podrzucisz mnie może? 

-Wiesz co, chętnie, ale powiedzmy, że mam już komplet w aucie.

-Przecież jesteś sama. 

-Nie do końca. Zabierzesz się z którymś ze swoich "ludzi"- roześmiałam się i spojrzałam na zbliżającego się Grega do samochodu.

-Mam go- pokazał podręcznik i spojrzał na Justina z przerażeniem w oczach.

-Serio, Mel. Nie rób tego?

-Czego nie robić? Być szczęśliwą?

-Nie z nim.

-Może z tobą?

-To byłoby świetne!- klasnął radośnie w dłonie.

Greg wsiadł samodzielnie do auta, ja zaś stanęłam na palcach i musnęłam Justina w policzek. Złapał się za niego jakby miał wyparować. 

-Do zobaczenia- puściłam mu oczko i wsiadłam do samochodu.



czwartek, 27 października 2016

Rozdział #11

Gdy auto się zatrzymało, byłam w kompletnym szoku. Przeżyłam, ale nie wiedziałam czy nadal chcę takiego życia. Auto stało jak gdyby nigdy nic, Greg siedział z uśmiechem na ustach, w ogóle go ta sytuacja nie obeszła. Znów był po narkotykach. Łzy leciały mi spod powiek, byłam wstrząśnięta, ale nie chciałam kłopotów. Głowę, ręce, nogi, miałam wszystko. Nawet nie bolała mnie głowa. Nie bolało mnie nic prócz ramion i uda. Co za zezowate szczęście, co?  Żadnego wstrząsu mózgu, bynajmniej tak czułam.

-Przesiądź się- rozkazałam mu, był bardzo posłuszny, zrobił to.

Cały czas się głupio uśmiechał.  Wsiadłam za kółko i pojechałam do jego domu. Nikogo nie było w środku. Greg wyglądał jakby nic nie było w stanie go teraz zniszczyć. Był uśmiechnięty ale jego wzrok... Gdyby mógł zabijałby nim. Wszedł do domu o własnych siłach, poszedł do pokoju, położył się. Zostałam dziesięć minut, poszłam sprawdzić jak się czuje. Spał. Zostawiłam go. Miałam to gdzieś.

Wyszłam z jego posiadłości. Zawołałam taxi, kazałam się odwieźć pod szkołę. Tam stało moje auto. Gdy zajechałam na miejsce, wszyscy dopiero zbierali się z meczu, drużyny rozchodziły się po swoich autach. Każdy zaczął wyjeżdżać z terenu szkoły. Nie chciałam nikogo spotkać, ale wiecie jak zawsze wychodzi.

-Mel!- zawołała radośnie Laura- Wróciłaś. O rany! Co ci jest? Wyglądasz jakby cię tir przejechał.

Tak też się czułam. Włosy miałam potargane, ciało obolałe, konkretne dwa miejsca pulsowały tak boleśnie mocno. Zarzuciłam na siebie katanę i zakryłam ciało, czułam, że siniak na ramieniu zaczyna mi wychodzić. Cholera!

-Źle się czuję, nie jestem w najlepszym humorze. Przyszłam po swoje auto, odwiozłam Grega do domu.

-Tak, słyszałam. Między wami okej?

-Nie. Ale będzie. Będzie okej- pokręciłam zrezygnowana głową- Musi być, w końcu kochamy się, nie?

-No, dobrze, trzymaj się.

Przytuliła mnie i ścisnęła po ramionach, wykrzywiłam się z bólu.

-Chyba nie zamierzasz z nim dalej być?- zapytał znany mi głos.

-A co mam zrobić. Potrzebuje pomocy, nie wysłucha nikogo innego.

-Potrzebuje psychologów, terapii, nie worka treningowego. Nie pozwolę na to.

-Nie jesteś za mnie odpowiedzialny.

Justin podszedł do mnie niebezpiecznie blisko i zsunął moją katanę z ramienia.

-Tak myślałem- ciężko zaczął oddychać- Zabiję go, poważnie Mel, nie obchodzą mnie konsekwencje, zabiję skurwiela.

-To nic, to drobny siniak, nie chciał tak mocno.

-Nie broń go, kurwa! Mel, proszę cię, nie broń go- dodał cicho.

-Nie bronię, poprawi się, zobaczysz.

-Mel, nie widzisz jaką głupotę robisz? Będzie cię niszczył.

-Nie, na prawdę, będzie lepiej, przekonasz się, obiecuję.

-Nic mi nie obiecuj, zobaczysz sama, ja nie będę miał jak cię obronić, on w końcu ciebie zabije.

-Nie zrobi tego.

-Jeśli kiedykolwiek jeszcze raz cię dotknie, źle, zabiję go.


Westchnęłam ciężko i wsiadłam do swojego samochodu. Wyjechałam spod szkoły za innymi uczniami. Z oczu spadały mi ciężkie łzy, otarłam oczy i wróciłam do siebie do domu.

Przez kolejny tydzień miałam w sumie spokój, Greg nie chodził do szkoły, miał za to płukanie żołądka, i odpoczywał w domu. Justina także nie było widać w szkole. Nie witał mnie już na tarasie każdego ranka z uśmiechem. Zaczynało się wszystko uspakajać. Greg chodził już więcej, oczywiście o kulach, ale szło mu to znacznie lepiej niż wcześniej. Przywykł do sytuacji. Przepraszał na każdym kroku, kupował mi kwiaty, wysyłał słodkie smsy tylko po to bym przestała się gniewać. Sęk w tym, że ja się nie gniewam, wybaczyłam, ale nie zapomniałam. Jestem z nim, bo sam sobie nie radzi. Dzisiaj poszliśmy do kina. Wow. W końcu coś. Cieszyłam się, że gdzieś nareszcie wyszliśmy, sami.

-Pójdę tylko o toalety i możemy wchodzić na salę, okej?- zapytałam.

-Pewnie, pójdę po napoje i nachos- musnął mnie w policzek i poszedł do kolejki.

Skierowałam się do toalety, w drzwiach minęłam się z nią. Boże jak ja jej nienawidzę. Blondyna. Której przypisano wiele ról. Nie znam jej prawdziwego imienia, ani nie chcę poznać, ale wiem, że jej nienawidzę. Greg za każdym razem zapomina jak się nazywała, wymyśla nowe opowieści o koleżance. Ugh!
Poszłam do ubikacji, później poprawiłam włosy i lekko nasmarowałam usta błyszczykiem.  Wyszłam z toalety i dołączyłam do swojego chłopaka. Rozejrzałam się dookoła, po dziewczynie nie było śladu. Greg stał uśmiechnięty i spokojny z napojami w dłoniach.

-Wziąłem ci colę zero jak zwykle a sobie zwykłą, ok?

-Co za różnica. Aż tak nie utyję od zwykłej.

-No, ale...

-Żartuje, nie stresuj się, nie jestem już zła. Film się zaczął, chodźmy, proszę.


Usiedliśmy obok siebie i przez ponad godzinę siedzieliśmy w ciszy. Nie odzywałam się i nie całowałam z nim. Nie jak reszta par. Oczywiście, zdarzało nam się tak wcześniej, ale teraz mieliśmy trochę na pieńku i nie bardzo miałam ochotę na jego usta wpijające się we mnie. Greg siedział spokojnie, oglądał film w skupieniu. Oparłam głowę na swojej ręce podpartej o podłokietnik.

Usypiałam gdy usłyszałam szlochy kobiet z tyłu. Och, no tak. Główny bohater wrócił do swojej ukochanej. Jakie to oklepane. Wstałam z fotela i wyszłam z sali, Greg dwie minuty za mną.

-Ładny ten film, co?

-Nie, ani trochę. Po co odchodził, skoro i tak wrócił, taki posłuszny, to głupie- szliśmy na parking.

-Och, no tak, ty pewnie wolałabyś kogoś takiego jak Justin.

-Co?- odwróciłam się do niego.

-Słyszałaś. Nudzisz się, nie? Ze mną? Masz dość.

-Przestań tak mówić.

-Nie byłabyś taką zołzą gdyby cię porządnie zerżnął jak resztę szkoły.

-Greg! Uspokój się.

Odwróciłam wzrok, otworzyłam szeroko oczy.

-Nie, nie znowu. Greg, znowu to brałeś?

-Nic nie brałem, dziewczyno. A nawet gdyby, ten twój chłoptaś też bierze.

-Nawet gdyby-przeciągnęłam powtarzając za nim- Przynajmniej się zachowuje. Nie jest takim protekcjonalnym dupkiem i chamem.

Od razu pożałowałam tych słów. Choć były prawdziwe. Nie żałowałam, że to powiedziałam, żałowałam tego momentu w których padły słowa. Greg był pod wpływem, był agresywny. Nie zdążyłam się schronić gdy jego ręka wylądowała na moim policzku, uderzając o niego mocno, za mocno. Zakręciło mi się w głowie. Plask rozbiegł się po parkingu. Greg złapał mnie za ramiona, siniaki, które już schodziły zostaną zastąpione nowymi. Szarpał mną i rzucał mi obelgi prosto w twarz. Uderzył mnie drugi raz. Wyszarpałam się z jego ramion i kopnęłam go w samo krocze, zwinął się z bólu i ukląkł na ziemię, dodałam do tego jeszcze mocny policzek. Jego jęk rozbrzęczał po całym parkingu.

-To koniec, nie dam rady z tobą już być, tak nie można. To koniec Greg.

Rozpłakałam się nim jeszcze dobiegłam do auta. Dzięki Bogu byliśmy moim samochodem. Pewnie tego nie zapamięta, ale dla mnie był koniec.

Zostawiłam go, nie dałabym rady dłużej tego znieść. Nie pozwolę się tak traktować. Miłość, co? To nie była już miłość. Nikt kto kocha nie zachowuje się jak wyrzutek. Mógł mnie obrażać, mógł mnie znieważać, ale przemoc, o co to, to nie. Nie posiadał mnie, więc nie będzie mnie traktował jak swoją zabawkę.

Niech sobie ma złamaną nogę, niech sobie go boli, mam to gdzieś, niech chodzi i kolejne dwa miesiące na rehabilitacje, już sam, mnie to nie będzie obchodziło. Nie postępuje się z drugim człowiekiem jak ze śmieciem.

Wróciłam do domu i wbiegłam na górę. W pokoju zrzuciłam z siebie ciuchy, weszłam do łazienki i stanęłam pod gorącym strumieniem. Niech ktoś ze mnie zmyje wszystkie ślady, proszę. Zmyłam siebie brud dnia dzisiejszego, umyłam głowę, obmyłam całe ciało. Gdy wyszłam spod prysznica, czekało na mnie najgorsze starcie. Obejrzenie siebie w lustrze. Ściągnęłam z siebie ręcznik i spojrzałam jednym okiem w lustro, zrzuciłam ręcznik na podłogę i otworzyłam drugie oko. Moje ciało wyglądało jak kompletna masakra. Siniaki na udzie, na biodrze, na ramionach, na przedramionach. Jak? Kiedy? Nie czułam ich wszystkich. Osunęłam się na podłogę i rozpłakałam. Jaki cudem się w to bagno wciągnęłam?

Siedziałam na ziemi dobre dwadzieścia minut nim byłam w stanie przebrać się w piżamę i położyć do łóżka. Mel, musisz jakoś jutro wyglądać w szkole. To chyba będzie najcięższy dzień w tej pieprzonej szkole od początku roku. W łóżku znów się rozpłakałam, nie wiem kiedy zasnęłam, ale wstałam jeszcze bardziej niewyspana niż wtedy gdy się kładłam. Wyszykowałam się automatycznie. Nie przykładałam do tego uwagi. Założyłam spodnie z dziurami i za dużą bluzę. Wzięłam swoją torbę i bez śniadania pojechałam do szkoły. Od rana mój telefon nie przestawał dzwonić. No tak Greg, pewnie nic nie pamięta.  Wyjaśnię mu to dzisiaj. Nie ma dla mnie znaczenia czy był pod wpływem czy nie, zrobił coś niewybaczalnego.

Byłam w szkole dopiero pięć minut przed pierwszym wykładem. Wyszłam z auta i pobiegłam prosto do budynku. Moje szczęście chciało bym akurat paskiem od torebki zahaczyła o klamkę drzwi wejściowych. Bum, torba zerwała się z paska, wszystkie rzeczy wypadły na ziemię. Byłam taka zażenowana.

-Hej, pomogę ci.

Tak! To był głos, który znałam, chyba pierwszy raz się tak cieszyłam, że go widzę. Uśmiechnęłam się szeroko, czułam, że uśmiech dochodził mi aż do oczu, podobnie jak łzy, te jednak zdołałam powstrzymać.

-Dziękuję, na prawdę nie miałam dzisiaj szczęścia.

-Co jest? Płakałaś?- przejechał kciukiem pod moim okiem.

-Jestem niewyspana, te prace zaliczeniowe mnie wykańczają.

-Mel- naciskał.

-Jeszcze jedna do napisania i się wyśpię, w końcu!- roześmiałam się. Widziałam jak mi się przygląda, zmieniłam więc strategię- No, to gdzie byłeś cały zeszły tydzień?

-Poza miastem- dodał i odszedł nie mówiąc nic więcej.

Poszłam na pierwsze trzy wykłady. Czas ciągnął się niemiłosiernie, miałam już dzisiaj dość, ta szkoła to ostatnie miejsce, w którym chciałam teraz być.
No i nadeszła przerwa na obiad. Całkowicie zapomniałam od wczoraj o jedzeniu, gdzie kiedyś było to dla mnie wszystkim, na prawdę, tu chipsy, tu pizza, przekąski, słodycze, ciągle coś.
Wyszłam z sali Pana Chestera i skierowałam się do budki z kanapkami.

-Hej, Mel, zaczekaj- Greg złapał mnie za ramię, delikatniej niż zwykle- Co się stało? Czemu nie odpowiadasz?

-Słucham? Greg, my nie jesteśmy już razem.

-Co? Od kiedy?

-O Boże- złapałam się za głowę- Znowu brałeś wczoraj, że nic nie pamiętasz?

-Nic nie brałem, kurwa. Jak nie jesteśmy razem, dlaczego?

-Uderzyłeś mnie! Dwa razy. Pokazać ci siniaki, które mi zrobiłeś?

-Przestań pieprzyć- syknął.

-Daj mi spokój, mówiłam, to koniec, nie dam się tak poniżać.

-Nie zrobiłem ci nic! Nie wymyślaj sobie Mel.

-Greg, poważnie, koniec, pobiłeś mnie.

Podszedł do mnie blisko i przystawił mi palec centralnie na środek klatki piersiowej.

-Nie możesz ze mną zerwać. Kochasz mnie.

-Nie kocham cię takiego, nie jesteś sobą. Jesteś okropnym człowiekiem.

-Wiesz co, dobra, weź to swoje idealne życie i wypierdalaj z mojego- pchnął mnie ręką w ramię.

Och, kolejna huśtawka nastrojów. Czyli mamy to samo... Fajnie. Nie dam się sprowokować. Nie tutaj. Pchnięcie starczy. Odwróć się i odejdź.

-A ty dokąd? Nie masz mi nic do powiedzenia?- zapytał, ciągnąc mnie za rękę.

-Nie, Greg, nie mam. Proszę, daj mi spokój- odpowiedziałam łamiącym się głosem- Nie jesteśmy...

I wtedy jego dłoń znów padła na mój policzek, lekko odwróciłam głowę krzywiąc się z bólu.
To co zdarzyło się później było dla mnie jak film w zwolnionym tempie. Justin powalający Grega na ziemię, uderzający jego głową raz za razem o trawnik, jego pięść na jego szczęce.

-Justin, starczy!- odciągnęłam go za jego czarną bluzę.

Ciężko było go utrzymać, jego masa a moja, to spora różnica. Ale dałam radę. Przyciągnęłam go do siebie i nie puszczałam dopóki Greg nie zebrał się z ziemi.

-Mel, proszę, porozmawiajmy- zaczął mówić.

-Spierdalaj- Justin odwrócił się do niego z miną zabójcy- Dość już narobiłeś.

 Moja twarz cała była pokryta łzami, czułam jak palą moje policzki.

-Mel- napierał Greg dalej.

-Wypierdalaj Sulkin, daj jej spokój, bo zginiesz, poważnie.


Otworzyłam szeroko oczy. Byłam przerażona całą sytuacją. Justin odwrócił się do mnie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. Cała się rozmazałam. Płakałam i płakałam, bluza Justina była cała przesiąknięta moimi łzami.

-Zabierz mnie do domu, proszę, nie chcę tu już być, chcę wrócić do siebie.

-Co ty mówisz, przecież teraz jest tu twoje miejsce.

-Chodzi mi o dom tutaj, nie chcę wracać do Ohio- roześmiałam się i klepnęłam go w ramię.

Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się ciepło.


No i skończyło się... Tyle wspomnień i czasu z Gregiem... A to wszystko przez narkotyki.  Super.







Chyba zdałam sobie sprawę, że nic już nie będzie takie samo. Nic a nic.

-Hej, maleńka, pytałem o coś- wyrwał mnie z zamyślenia głos Justina

-Hm? Co?

-Wracamy?

-Ach, tak, do domu, wracamy- pokręciłam głową wyrywając się z zamyślenia i skierowaliśmy się w stronę auta. Justin objął mnie ramieniem.


środa, 12 października 2016

Rozdział #10

Mieliśmy poniedziałek, byłam już gotowa by pójść na poranne zajęcia.

Póki była pogoda starałam się korzystać jeszcze ze strojów, później nie będzie okazji by je wynosić. Miałam już zrobiony makijaż, fryzurę.

-Zobaczymy się przed zajęciami?- napisałam do Grega.

-No- momentalnie przyszła odpowiedź.

Ależ bym pochmurniały. Nie widziałam go nigdy takiego, chyba ten wypadek za wiele zmienił pod jego główką. Nie sądziłam, że to na niego tak wpłynie. Był taki pesymistyczny. Ruszyłam jednak do szkoły z podniesioną głową, ludzie i tak nie będą pamiętali tego co się wydarzyło. Wszyscy tam byli nawaleni, naćpani, zbyt upaleni by cokolwiek zapamiętać ze słów. Może i gesty zapamiętali, ale słów nie, miałam taką nadzieję. I to się spełniło. Gdy przyjechałam pod szkołę, ludzie mówili tylko o wypadku, że Greg wpadł do rowu, nie pamiętali przez co. Czekałam na murku na jego przyjazd ze spuszczoną głową, aż pod swoimi nogami zobaczyłam jego eleganckiego buta i jedną zagipsowaną nogę. Zaśmiałam się pod nosem i spojrzałam na niego. Miał zdziwione spojrzenie.

-Z czego się śmiejesz? Z tego, że przez ciebie miałem wypadek? Już od wczoraj dostaję tysiące wiadomości, że przez naszą kłótnię wpadłem do tego rowu. Po cholerę oddawałaś mi kluczyki. Wiedziałaś w jakim byłam stanie?

-Podejrzewałam, ale nie byłam pewna. Z resztą powiedziałeś, że ta blondynka cię odwiezie, nie sądziłam, że jesteś taki nierozważny.

-Miałaś być tam ze mną Mel.

-Ty ze mną także, a tymczasem się naćpałeś i skończyło się jak skończyło.

-Jedno dobre z tego wyniknęło.

-Ciekawe co?- zapytałam.

-Byłem dziwnie spokojny, w sensie nic mnie nie obchodziło. Mecze, nasz związek, szkoła. Poczułem spokój i zejście ciśnienia z barków. 

-Super, fantastycznie. To może teraz będziesz to brał dla świętego spokoju?

-Zastanowię się nad tym- dodał.

-Kompletnie postradałeś zmysły. Odbija ci Greg.

Zostawiłam go na korytarzu samego. Nie spotkałam się z nim też na przerwie obiadowej. Nie dostałam żadnej wiadomości. Nie mogłam się skupić na żadnej czynności, jakby wszystko sprawiało mi trudność. Nie poszłam na dwa ostatnie wykłady, schowałam się w parku, czekałam tylko na godzinę kiedy będę mogła pojechać i odbębnić ten mecz. Właśnie wybiła ta godzina. Wróciłam się do szkoły powolnym spacerkiem, mijając zakochane pary, szczęśliwe rodziny. Wszyscy nagle staliście się tacy szczęśliwi jak nigdy, co? 

Weszłam do szatni i przebrałam się w swój kostium, dziewczyny rozmawiały między sobą, ja zaś byłam kompletnie wyciszona. Nie odzywałam się za wiele. Ubrałam tylko strój i wyszłam z szatni. Rozejrzałam się po trybunach i dostrzegłam Grega, z blondyną. No tak, mogłam się spodziewać. Greg stał swobodnie oparty o wejście sąsiedniej drużyny, podtrzymywał się na kulach i śmiał. Co jest, kurwa? 

Podeszłam do niego zdeterminowana.

-O, Mel, już gotowa? 

-Mogę cię prosić na słówko? 

-Wybacz na chwilę- przeprosił poprzednią rozmówczynię- No, co jest?

-Kto to?

-Nie wiem, poznałem ją dzisiaj, nie znam, sympatyczna cheerleaderka sąsiedniej drużyny.

-Poznałeś ją dzisiaj?

-Tak, a co?- uśmiechnął się.

-Nic, na prawdę nic, to nie ma sensu- dodałam do siebie, odwróciłam się i odeszłam.

Przecież wtedy powiedział mi o niej co innego... Czy na prawdę był aż na takim haju, że nic nie widział? Tak, z pewnością. Pozwoliłam, pozwoliłam mu swobodnie z nią flirtować. Nie było sensu wykłócać się z nim na oczach wszystkich, pozwoliłam tylko jednej łzie spłynąć po moim policzku. Weszłam do tunelu, dzielącego trawnik od szatni i tłumów ludzi zebranych na meczu. Minęłam kilku chłopaków z drużyny, którzy szli się rozejrzeć i pozbierać całusy od swoich wybranek na powodzenie.

-Hej, nic ci nie jest?- dobiegł mnie jego znajomy głos.

-Nie, rozmemłałam się trochę, wszystko będzie dobrze. 

-Co się stało?

-Stres.

-Stres? Dlatego płaczesz? Mel, nie oszukuj.

-Na prawdę. Zobaczymy się na murawie. Do boju!- wymusiłam z siebie uśmiech i wróciłam do szatni.

Żaden dupek nie zepsuje mi dzisiejszego wystąpienia, nawet gdybym była z nim dziesięć lat i by mnie zdradził, takie rzeczy nie będą wchodziły mi w paradę. Poprawiłam makijaż, ułożyłam włosy, wzięłam swoje pompony z szafki i przyczepiłam na twarz uśmiech. Wybiegłyśmy z dziewczynami z szatni dopingując naszą szkołę. Jak nastolatki, roześmiałam się szczerze. Wykonałyśmy jako gospodarze pierwszy zagrzewający układ. Po czym weszli nasi chłopcy na zewnątrz, przywitali się z tłumami. Drużyna przeciwna zrobiła to samo. Niestety, na trybunach więcej było osób sprzyjających nam. Mój sztuczny uśmiech zostawiłam w szatni za sobą, teraz na prawdę się uśmiechałam. Nie byłam najszczęśliwsza, ogólnie, ale byłam zadowolona, właśnie w tej chwili.

I tak zaczął się mecz, gdy chłopcy usłyszeli gwizdek, ruszyli do boju. Mecz się ciągnął niemiłosiernie, dopingowałyśmy jak na szpilkach. Justin, Luke, Tomas rzucali się by pozatrzymywać zawodników. Zdobywali punkty, przeciskali się między nimi jak strzały. 
Mimo, że powinien składać się z czterech piętnastominutowych kwart, siedziałyśmy tam już prawie drugą godzinę. Zegar gry był co chwile zatrzymywany, chłopaki rzucali się na siebie, ale w końcu nasza drużyna zdobyła prowadzenie. Mieliśmy to, do końca zostało osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, zero! Zero sekund! Wygraliśmy to! Tak! Tak! Tak! Chłopców czekał awans, co oznaczało coraz więcej meczów wyjazdowych. Super! Będzie można pojeździć i pozwiedzać, przy okazji robić to co się lubi. Dziewczyny łącznie ze mną rzuciły się w stronę zawodników. Byłyśmy w czystej ekstazie po zwycięstwie naszych mistrzów. Rzuciłam się Justinowi w ramiona ze śmiechem, podobnie robiły dziewczyny, Chloe, Laura, Casandra, wszystkie cieszyły się z zawodnikami. Splotłam z Justinem swoje palce i podniosłam jego dłoń do góry w geście zwycięstwa. 

Greg, o nie, Greg, rozejrzałam się dookoła, pewnie czuje się strasznie wykluczony. Poświęcił tej drużynie tyle czasu a nie zagrał w pierwszym meczu sezonu. Spojrzałam w stronę trybun i zobaczyłam go, jego lodowate spojrzenie. Zbierał się stąd, wychodził powoli o kulach. Puściłam szeroko uśmiechającego się Justina i wybiegłam za swoim chłopakiem. Wyszłam akurat w momencie gdy wręczano im puchar. 

-Greg! Zaczekaj.

-I co, teraz dasz dupy Justinowi? 

-Słucham?! Greg! To ja, twoja dziewczyna, halo, jesteś tam jeszcze? Co ci odbiło?  Na prawdę myślisz, że mogłabym być z kimś innym prócz ciebie? 

-Tak, widziałem, pchałaś się na niego, niemalże byście zaczęli uprawiać tam seks, na tej trawie.

-Odbija ci, poważnie, masz nieźle w czubie. Co w ciebie wstąpiło? Dlaczego się do mnie tak odzywasz?

-Dlatego, że ostentacyjnie go kusisz- położył dłoń na moim ramieniu i mocno je ścisnął, skrzywiłam się z bólu.

-Greg, przestań, to boli- wyrwałam się mu.

-Nie rób tego więcej- dodał.

-To ty flirtowałeś z blondi.

-Ona jest nieistotna dla tej rozmowy.

-Czyżby? 

Justin wybiegł z budynku, dobiegł do miejsca w którym stałam ze swoim facetem.

-Nic ci nie jest?

-O, proszę, przyszedł wybawiciel. No, proszę, rzuć się w jego ramiona.

-Greg, skończ- zaczęłam.

-Zamknij się Mel, niech twój kochasz przemówi.

-Stary, myślę, że ten wypadek nieźle ci namieszał. Jedź do domu, odpoczywaj.

-Żebyś mógł ją wybzykać? 

-Co? Greg, poważnie, odpuść, nic między nami się nie dzieje.

-Mel, zabierz rzeczy, jedziemy do domu.

-Nigdzie nie jadę.

-Proszę, pojedź ze mną, muszę się położyć.


Pokręciłam zrezygnowana głową. 

-Dobrze- oznajmiłam zaskakując chyba nas wszystkich- Pojadę. Ale moje auto?

-Przyjedziesz z mamą do szkoły, nic mu się tu nie stanie. Ja jutro odpuszczę- dodał.

Justin wrócił do swoich mistrzów, ja zabrałam wszystkie swoje rzeczy i poszłam do wozu Grega.

-Dobrze, że twoja mama ma automat.

-Przydaje się po wypadkach- uśmiechnął się. 

Przewróciłam oczami. Greg ruszył spod szkoły.

-Nie zachowuj się więcej jak cichodajka, ok?

Dziwnie się zachowywał. Miły, zimny, sukinsyn, miły, zimny, sukinsyn, i tak w kółko. O, nie, znałam to zachowanie. Greg wyjeżdżał spod szkoły gdy zorientowałam się co znów wziął. Było za późno, jechał za szybko, przyspieszał nie zważając na inne auta.

-Greg, rozwalisz to auto! Zatrzymaj się, proszę- w oczach wzbierały mi łzy gdy mknął za szybko, przez zabudowane tereny- Greg! Cholera, Greg.

Nie reagował, zaczął zmieniać pasy i wyprzedzać auta. Położył dłoń na moim udzie i ścisnął je niemiłosiernie mocno. Zapiekło mnie. Bądź dzielna, zatrzymaj wóz, tylko to brzęczało mi w głowie.
Ściągnęłam jego ręce z kierownicy i wcisnęłam minus na kółku by auto zaczęło zwalniać. Greg podniósł rękę i przechylił kierownicę w lewo, auto zmieniało pas, prosto na nadjeżdżającego na nas busa. 

-Kurwa, Greg! 

Ściągnęłam kierownicę w swoją stronę, wcisnęłam światła awaryjne i zacisnęłam hamulec ręczny. Auto jakby nas nie słuchało, wjechało na cholerną kupkę piachu po prawej stronie drogi i zaczęło dachować, trzy obroty, obróciło się trzy razy. Nigdy się jeszcze tak nie bałam. Schowałam głowę w ramionach, między nogami. Proszę, proszę, chcę przeżyć. 

środa, 5 października 2016

Rozdział #9

To była drobna chwila słabości, drobna, maleńka chwila.  Staraj się o tym zapomnieć. Stoję na tym pieprzonym tarasie od pół godziny. Matka Grega starała się do mnie dodzwonić już z pięć razy. Żadnego z tych połączeń nie odebrałam. Wyłączyłam w końcu telefon by uciszyć przypominanie o tym, że nie jestem już singielką. Ciągle w związku. Więc co się do cholery właśnie stało?

Oparłam się o barierki na tarasie. Każdy jej telefon przypominał mi o tym co się stało, co mnie tu zatrzymało. Czułam, że mam na sobie jego ślady. Czułam, że wszyscy będą wiedzieć.

Justin wychodząc był taki spokojny, jakby nic się nie wydarzyło. Wykorzystał moją słabość, pewnie ma to w zwyczaju.  Pozbierałam swoje myśli i swoją godność z podłogi. Włączyłam telefon, wyszłam z domu i wsiadłam do swojego auta, pojechałam prosto do szpitala. W drodze do jego sali usłyszałam  donośny głos jego matki.

-Gregory Lucas Sulkin! Jak mogłeś wziąć narkotyki!?- wpół na niego krzyczała a na wpół pytała.

-Mamo, nie wiem, nie brałem tego świadomie, nawet nie wiem co to było. Ale było, było za mocne. Nie pamiętam połowy rzeczy.

Zapukałam do sali, słysząc jak zaczyna się plątać w wypowiedziach. Wszystkie oczy skupiły się na mnie.

-O! Kochana, próbowałam się do ciebie dodzwonić, że już się obudził, że możesz przyjechać.

-Przepraszam, chyba przysnęłam, telefon mi padł całkowicie. Przepraszam.

-No, już w porządku. Posiedź z naszym chłopcem- uśmiechnęła się do mnie czule- A z tobą dokończę rozmowę później młody człowieku- wskazała palcem na syna- Do później.

-Dostaniesz niezły opieprz za jakieś pięć godzin, gdy będziemy się zmieniały- zaśmiałam się-  Co ty sobie myślałeś Greg?

-Nie myślałem, nie pamiętam nic, nie wiem co wziąłem, ani kiedy, kto mi to dał.

-Kim była ta blondynka przed budynkiem?

-Kto? Nie pamiętam żadnej dziewczyny, Wiem, że poszliśmy razem na imprezę, później poszedłem po drinki i bum, nic więcej nie pamiętam, nie wiem czy upiłem drinka czy nie, czy coś w nim było. Pamiętam jeszcze, że z kimś się kłóciłem, głowa mnie wtedy zaczęła okropnie boleć. Pomyślałem, że pojadę do domu. I obudził mnie ból, słyszałem jakiegoś chłopaka, który mówił, że będzie dobrze.

-Justin- szepnęłam- On mówił ci, że będzie dobrze, on cie tu przywiózł.

-Co? Dlaczego?- podrapał się posiniaczoną ręką po głowie.

-Nie wiem- odpowiedziałam.

Myślałam zupełnie co innego... Wiem, że cię przywiózł tu, bo wiedział ile dla mnie znaczysz, wiedział, że byłabym nieszczęśliwa po utracie miłości... Odrzucił samolubne myśli i przywiózł go tutaj. Chyba muszę mu podziękować.

-Kochanie, co tak myślisz?

-Byłeś taki agresywny. Tamtej nocy, byłeś agresywny w stosunku do mnie. Obawiam się, nie chcę powtórki.

-Ja? Agresywny? To z tobą się kłóciłem?

-Tak, chyba jeszcze nigdy mnie tak nie zwyzywałeś. Popchnąłeś mnie. Czułam się okropnie.

-Mel, przepraszam- zakasłał- Na prawdę przepraszam, nie byłem sobą.

-Też cię tak tłumaczę. Nie chcę by to była twoja druga natura czy cokolwiek w tę stronę.

-Bądź o to spokojna, nie wezmę więcej tego gówna, na prawdę przepraszam, odpokutuje ci to co zrobiłem.

-Nie chodzi o to, po prostu postaraj się by już więcej tego nie zrobić, nie chce się tak więcej poczuć.

-Obiecuję, kocham cię, pamiętasz?

-Pamiętam- uśmiechnęłam się. Położyłam dłonie na jego ręce ułożonej wzdłuż ciała. Głaskałam go dopóki nie zapadł ponownie w sen. Ułożyłam głowę na materacu i zamknęłam oczy. Obudziłam się z mokrymi powiekami, co się stało? Poczułam lekkie szturchanie w ramię.

-Melanie, wstawaj, pora na zmianę- to była jego matka- Jedź i odpoczywaj, przyjedziesz rano, prawda?

-Tak, oczywiście, nie zostawię go gdy najbardziej nas potrzebuje.

Czułam, że jego mama prosi mnie o coś głębszego niż wrócenie tylko do szpitala. Wyszłam z budynku i skierowałam się do swojego samochodu. Poprowadziłam się sama w kierunku jego domu, mojego sąsiada, oczywiście. Wjechałam na podjazd. Justin majstrował coś przy swoim motorze. Moja reakcja zdziwiła nas oboje. Nie zachowywałam się jak ja. Wysiadłam gwałtownie z auta i podbiegłam do niego. Rzuciłam się mu ze łzami w oczach w ciepłe ramiona. Przytulał mnie tak mocno. Poczułam się bezpieczna i spokojna. Miał takie kochające ramiona. Wiedziałam, że był równie zaskoczony co i ja.

Czułam, że robię źle, ale gdy jego ramiona otaczały taką drobną mnie, rozpuszczało się wszelkie poczucie winy, które czułam wcześniej. Jakby ten cholerny wieczór coś zmienił. Pogładził mnie po włosach i wpił się w moje usta. Zachłannie pożerał mnie swoimi miażdżącymi ustami a ja pożerałam go. Z jego ust wydobył się jęk, pierwotny jęk gdy pociągnęłam go za włosy. Czułam się taka słaba, tak łatwo mu ulegałam, nie znałam go za długo a jednak, czułam jakbym znała przez co najmniej trzy lata...

Oparłam głowę o jego pierś, która unosiła się w stałym rytmie.

-Przepraszam. Ale dziękuję ci, że go ocaliłeś. Mógł zginąć tam na miejscu.

-Przestań przepraszać Mel, zrobiłaś to co poczułaś, że musi być zrobione.

-Wiem, że robię źle, a jednak to robię. Dwa razy w ciągu pieprzonego dnia!

Nie odzywał się, nie wiedział co  powiedzieć, zamurowało go? Czy chciał bym po prostu sobie ulżyła?

-Nie wiem, kto mu to dał- zaczęłam- Ale ten wieczór, jakby coś zmienił. Zranił mnie, nie tyle co psychicznie ale fizycznie, popchnął mnie, gdyby nie ty, wylądowałabym na tyłku. Kocham go, Boże, kocham, ale dlaczego to się stało.

-Hej, maleńka, może to znak, że coś trzeba zmienić i obrać nowy tor w życiu? Wiem, że cię uszczęśliwiał, dlatego go stamtąd zabrałem.

-Ty niby masz być tym torem?

-Nie mówię, że nie. Jestem do dyspozycji jakbyś nie miała lepszych kandydatów- uśmiechnął się zadziornie.

-Chyba muszę poczekać aż wyjdzie ze szpitala i zobaczyć jak się będzie zachowywał. Nie umiem go tak zostawić.

-Okej, wejdziesz może do środka?

-A w życiu. Nie zaciągniesz mnie do tej seks pułapki- szturchnęłam go w ramię- Nie ma mowy.

-Nie zapraszam tam dziewczyn. Nie zabieram ich nigdy do siebie.

-Wybacz, ale nie chcę słuchać o twoich podbojach. Robisz się taki milutki gdy czegoś chcesz, że aż zaczęłam prawie wierzyć, że możesz mieć do mnie dobre intencje, dobrze grasz, ale przejrzałam cię, tu nie zagrzejesz miejsca. Nie po tych wszystkich sezonowych panienkach. Dzięki za propozycję, ale nie- uśmiechnęłam się życzliwie i poszłam do swojego auta.

Gdy otwierałam drzwi, poczułam jego dotyk na sobie, odwrócił mnie w swoją stronę. Spojrzał mi głęboko w oczy, jakby chciał coś dopowiedzieć.

-Nie znasz mnie. Jasne, fakt, sypiałem z wieloma, ale od tego idzie się odzwyczaić i sypiać z tą, którą się kocha. Znaczy, jak mam to powiedzieć. Nie potrzebuje tabunu panienek, byłabyś tylko ty.

-Do widzenia Justin, muszę już iść.

-Przemyśl to, dobrze?

-Zobaczymy się na meczu, daj mi trochę przestrzeni, okej?

-Jeśli tego chcesz- powiedział zrezygnowany gdy wsiadałam do auta. Zamknęłam za sobą drzwi i wyjeżdżałam z jego podjazdu. Justin stal w miejscu gdzie wcześniej mnie przytrzymywał.
Co ze mną jest nie tak? To przecież nie mogą być tylko chwile słabości. Wiedziałam gdzie biec by znaleźć ukojenie. Tylko skąd moje ciało wie takie rzeczy.
Gdy wróciłam do domu zbliżała się już dwudziesta. Jeszcze starcie z mamą i będzie można iść do łóżka.

Zaparkowałam auto i weszłam od garażu do domu. Mama siedziała przy barku i czekała na mnie z jedzeniem. Kompletnie zapomniałam o jedzeniu, mój brzuch się odezwał. Byłam cholernie głodna.

-Jak się ma Greg?

-Dobrze, będzie zdrowy, w końcu. Nie zagra w poniedziałek, ale myślę, że za miesiąc, dwa już będzie powalał rywali.

-A ty córeczko jak się masz?

-Dobrze, znacznie lepiej niż on.

-Wiem, że to zabrzmi okrutnie, ale cieszę się, że nie jechałaś wtedy z nim.

-Pokłóciliśmy się, to przeze mnie leży teraz w szpitalu, oddałam mu kluczyki.

-O nie, moja droga. Jesteście dorośli, obydwoje podejmujecie swoje decyzje, prosił cię o klucze?

-Tak.

-Więc mu dałaś klucze, to co on zadecydował było nierozsądne. Nie bierzesz za to żadnej odpowiedzialności.

-Mamo, mogłam ich nie oddawać.

-Gdybyś nie oddała, mógłby podnieść na ciebie rękę. Mówiłaś, że cię popchnął.

-Delikatnie.

-Pchnął, nieważne z jaką siłą, zrobił to, karma wraca córeczko.


Przewróciłam oczami, zjadłam dwa tosty i trochę sałatki. Pocałowałam mamę w policzek na dobranoc.

Niedzielę także spędziłam w szpitalu, podtrzymywałam go na duchu gdy klął, że nie może zagrać w meczu. Ściskał moją dłoń za mocno, był nieźle nabuzowany tym, że nie może zagrać.

-Rodzice podstawią cię na mecz. Będziesz stał obok ławki przecież.

-Ekstra, na wózku, jak pieprzony inwalida.

I spędziłam kolejne trzy godziny by mu wytłumaczyć, że to tymczasowe, że ma się uspokoić. Ignorował mnie prawie cały czas, prychał na cokolwiek powiedziałam. O siedemnastej moja cierpliwość sięgnęła zenitu. Pożegnałam się z nim i wróciłam do domu. Bez żadnego kocham cię, bez pocałunku. Rozumiem, że może być pesymistą bo miał wypadek, ale do cholery, za grosz szacunku do tego co mówię.

Niedziela płynęła mi spokojnie. Odkąd wróciłam ze szpitala po siedemnastej ze znudzenia zdążyłam posprzątać, poukładać wszystkie rzeczy w swojej szafie. Zjadłam paczkę chrupek orzechowych i oglądałam jakieś pranie mózgu w telewizji. Nie miałam energii na nic innego. Tuż po dziesiątej położyłam się już do łóżka. Na prawdę nie miałam ochoty na robienie czegokolwiek produktywnego. Z resztą, jutro dosyć się wymęczę.

Padłam od razu, bez prysznica, bez zmiany ciuchów.

Uśmiechnij się kochanie- jesteś wtedy taka piękna- powiedział chłopiec o brązowych oczach z aparatem w dłoni- Uśmiechnij się dla mnie. 
I tak zrobiłam, wygięłam usta w szerokim uśmiechu i spojrzałam na niego. Pstrykał zdjęcia jak oszalały, każdy mój ruch uwieczniał na fotografiach. 
Siedzieliśmy na piaszczystej plaży i spoglądaliśmy co rusz na fale.
Podeszłam do niego i ucałowałam go z żarem.
-Powiedz, że jestem jedyną, powiedz to mojemu sercu.
-Jesteś, jesteś jedyna, przepraszam, że cię narażałem na niektóre rzeczy, że robiłem wiele głupot byś w końcu mnie zauważyła, ale to było warte.
-Czego warte?
-Twojego uśmiechu i pocałunków, tego jak na mnie spoglądasz z drugiej strony pokoju, jakbyś nie widziała niczego poza mną. 
-Dla mnie nie ma. Nie ma niczego poza tobą.
Chłopak wszedł do wody... Nie widziałam go więcej, zniknął.

Obraz się rozmazał, chłopak o głębokich brązowych oczach zniknął, a ja znów zostałam sama. Usiadłam na łóżku, spocona, rozgrzana, spod powiek cisnęły mi się łzy, kapały na moją pościel. Przetarłam oczy. Starałam się znów zasnąć. Chyba mi się udało, gdy zadzwonił budzik, przygniótł mnie ciężar dzisiejszego dnia, szósta dwadzieścia, fantastycznie.

czwartek, 29 września 2016

Rozdział #8


-Policja, otwierać!

Spojrzałam na zegarek, była trzecia nad ranem. W telewizji leciały zakupy mango, co za bzdury. Byłam swobodnie ubrana w swoje domowe spodnie, w których wolałabym się nie pokazywać.

Usłyszałam ponowne dobijanie się do drzwi. Moja mama zapaliła światło w przedpokoju, wyszłam równo z nią z salonu i popędziłam do drzwi.Otworzyłam. Moim oczom ukazało się dwóch umundurowanych policjantów z odznakami w dłoniach.

-Melody Gomez?

-Tak, to ja, w czym mogę pomóc?- zapytałam przecierając oczy.

-Zna pani Grega Sulkina?

-To...To mój chłopak, co z nim jest?- czułam jak żółć podchodzi mi do gardła.

-Miał wypadek, około godziny temu. Ostatni był widziany podczas kłótni z panią, tak nam podają źródła. Miał przy sobie narkotyki, prowadził auto, wjechał w rów przydrożny.

-O Mój Boże- przyłożyłam dłonie do ust.

-Co pani wie na temat tych narkotyków?

-Nie wiem nic, nie wiem skąd miał je przy sobie. Poszliśmy razem na imprezę, i dopiero tam mu szajba odbiła. Rozmawiał przed budynkiem z jakąś dziewczyną, ja zostałam w środku, tańczyłam z kolegą, Greg gdy wrócił do środka wpadł w szał, popchnął mnie, wyszliśmy porozmawiać na zewnątrz, obrzucił mnie obelgami. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale powiedział, że da się podrzucić do domu. Wróciłam tu i zasnęłam.

-Żyje?-zapytała moja matka.


To pytanie ciążyło nade mną całą wizytę policjantów w naszym domu.

-Żyje, jest trochę poobijany, leży w szpitalu. Myślę, że będzie chciała go pani odwiedzić. Proszę to zrobić.

Jak mógł prowadzić po narkotykach? Jak mógł być tak nieodpowiedzialny? Może brał je już od jakiegoś czasu? Spóźniał się, był nierozgarnięty, może to było przyczyną? Jak mogłam być ślepa.

Porozmawiałam jeszcze chwilę  z policjantami, uznali, że wiedzą już wszystko co powinni. Nie wiedzieliśmy kto i co mu podał, ale to jest nie do wyjaśnienia, w środku tamtego budynku są kamery tylko w toaletach, przejściach i przed budynkiem. No i jedna na parkiecie, nie ma na nim nagrania by cokolwiek, ktoś mógł mu dosypać. Na zewnątrz, też niczego nie brał. Gdy policjanci wyszli z naszego domu, szeroko otworzyłam oczy. Barman. Jedyna osoba, która mogła mu coś dosypać, kurwa.

Pięć minut później zbiegłam na dół ze swoją torbą, wsiadłam do auta i pojechałam do szpitala wskazanego przez policję. Dojechałam na miejsce po prawie pół godzinie. Wbiegłam do środka, nie pytałam nawet w rejestracji o salę, i tak nikt by mi nie powiedział. Szukałam jego sali przez dobre dwadzieścia minut czasu. Ale znalazłam!
Widok w środku mnie zamurował.

-Co ty tu robisz? Jesteś osobą, której najmniej bym się tu spodziewała- rzuciłam do Justina.

-To ja go znalazłem, to ja go tu dotransportowałem. Lekkie wstrząśnienie mózgu, złamana noga. Nic mu nie będzie.

-Ty mu to dałeś?

-Tak, jasne, ja. Cały czas byłem z tobą.

Odetchnęłam z ulgą, jakoś wierzyłam, albo chciałam wierzyć w jego niewinność. Nie chciałam by był oprawcą mojego faceta. Podeszłam do leżącego na Gregu łóżka szpitalnego.


-Musisz być cicho, pielęgniarki są tu wyrozumiałe, ale tylko dla mnie i mojego uroku- uśmiechnął się.

Przewróciłam oczami.

-Gdzie są jego rodzice?

-Byli tu, wrócą rano.

Usiadłam obok niego na łóżku i pogładziłam po jego policzku.

-Hej skarbie- głaskałam go dalej, Boże jakie sińce, posmutniałam- Wiem, że to po części moja wina, przepraszam, nie powinniśmy byli się kłócić, nie powinnam była ci dawać tych kluczyków- rozpłakałam się- Wróć do nas, proszę, to zupełnie nie ty. Ułoży się, wiem, że tak- otarłam łzy z policzka- Kocham cię- musnęłam go w usta.

-Chyba już pójdę- zaczął Justin.

Kompletnie zapomniałam o jego obecności tutaj. Wstałam od swojego chłopaka z łóżka.

-Dziękuję ci, na prawdę bardzo ci dziękuję- wyszliśmy przed salę- Gdyby nie okoliczności, czas no i miejsce, to może i by nam się udało, ale sam rozumiesz, kocham tego gościa, nawet po tej nocy. Nie jesteś taki zły, przepraszam, że cię tak wyzywałam i wykorzystałam. Ten wieczór nie potoczyłby się tak źle.

-Mel...

-Ćśś, idź już, dziękuję ci, ale zostanę z nim teraz już ja.

Musnęłam go w policzek i uśmiechnęłam się wycierając oczy z łez, wróciłam do sali i usiadłam w fotelu obok łóżka Grega. Zostałam z nim tam do rana, aż jego rodzice wrócili. Wiedziałam co sobie myślą, pewnie w ogóle mnie tu nie chcieli, nie spodziewali się takiego widoku. Może Justin im coś nagadał?

-Mel!- pisnęła radośnie matka Grega- O, Mel! Tak się o niego baliśmy. Co tu robisz?

-Przyjechałam z nim trochę posiedzieć, wcześniej mój przyjaciel z nim siedział, ale już była pora by go zmienić.

-Cieszę się, że tu jesteś, jego stan na pewno dzięki tobie się polepszył. Ale idź teraz do domu, odeśpij trochę nocy, przebierz się, odpocznij. Wróć po południu?

-Chętnie.

Wymieniłyśmy jeszcze między sobą kilka ckliwych komentarzy, wróciłam po szpitalu prosto do swojego domu. Było mi teraz w nim jakoś... Dziwnie. Weszłam na górę do swojego pokoju, wzięłam w przylegającej do niego łazience prysznic, zmyłam makijaż, zaczesałam włosy.
Przebrałam się w świeże ubrania.

Wyszłam na taras z miską płatków w ręce.

Kurwa, rzuciłam nią o ziemię, słysząc jak się rozbija.
Jaka ze mnie idiotka. Dlaczego pozwoliłam mu jechać do domu samemu. Wiedziałam, że jest z nim coś nie tak. Pozwoliłam by zrobił sobie krzywdę. Kurwa, kurwa, kurwa.

Usiadłam na ziemię i po prostu się rozpłakałam. Przyciągnęłam do klatki piersiowej swoje nogi, oparłam się o szklaną balustradę, schowałam głowę między kolana.

-Hej, co się dzieje maleńka?

-Jaja sobie robisz? Jak tu wszedłeś?

-Zostawiłaś otwarte drzwi, widziałem cię ze swojego domu, zabawne co, mieszkamy tak blisko, że wiem co się dzieje.

-Nie masz lepszych zajęć?

Spojrzałam na swój strój, później na niego.
-Ciekawy dobór stroju- zaczęłam.

-O, nie schlebiaj sobie, byłem już tak ubrany wcześniej.

Uśmiechnęłam się przez łzy, po czym przypomniałam sobie o Gregu, łzy same zaczęły płynąć.

-Hej, hej, mała, uspokój się, nic mu nie będzie- Justin kucnął przy mnie.

-To wszystko przeze mnie. Mogłam go nie zostawiać.

-Sama widziałaś jak się zachowywał. Może to go odrobinę otrzeźwi.

-Nie powinnam była go zostawiać, no przecież, on nic nie zrobił a ja byłam taka sukowata.

-Widziałaś co robił, nie broń go.

-Chyba muszę.

-Mel.

-Masz rację. Zachował się źle, ale to nie znaczy, że powinien przez to przejść- zaczęłam.

-Nie mogłaś tego przewidzieć. Nikt nie mógł.

Zapadło milczenie, spojrzałam na niego, uśmiechał się delikatnie. Justin sięgnął do moich policzków i otarł kciukiem spod nich łzy. Pochyliłam się do niego i przycisnęłam swoje wargi do jego warg.
Westchnął cicho i powitał moje usta chętnie, jego język wdarł się w moje usta. Położyłam dłoń na jego szyi, przeszedł go dreszcz. Pochylił mnie na ziemię na tarasie i mocno wpijał się w moje usta.
Przesuwał dłonią od moich ud w górę brzucha, westchnęłam cicho.
Jego język był taki kojący, usta takie miękkie, a oddech cudownie miętowy. Justin zsunął swoje wargi na linię mojej żuchwy, muskał ją i skubał, ja delikatnie drapałam go po szyi i plecach. Jęknął głośno, ciekawe ile dziewczyn tak na niego oddziaływało... Wow, wow, wow. Stop. Co ja kurwa robię.

Oderwałam się od niego i odepchnęłam, czołgając na rękach. Ja oddychałam ciężko, on również. Był cały rozpalony, wybrzuszenie w jego spodniach było bardziej widoczne niż zwykle. Schowałam twarz w dłonie.

-Proszę, powiedz, że to się nie stało- zaczęłam.

-Stało się i było cudowne.

-Nie, nie było, to było... Nie powinno było się w ogóle zdarzyć. Wiesz o tym doskonale.

-Ty tego chciałaś, ja chciałem, nie powinnaś mieć wyrzutów sumienia.

-Mam. Okropne. Nie, nie, nie.

-Wiesz, że będę cię lepiej traktował. Lepiej niż on to potrafi robić. Widziałaś jaki był wczoraj.

-Nie był sobą. Wziął jakieś gówno, i stracił panowanie nad sobą.

-Żeby nie robił tego za często.

Justin wstał i wyszedł. Jak gdyby nigdy nic. A ja zostałam sama ze swoimi wyrzutami. Ekstra.

sobota, 24 września 2016

Rozdział #7

Mamy piątek! Justin odpuścił, jakby kogoś to interesowało.
Nie odzywał się do mnie do końca tygodnia.  Święty spokój. To coś czego oczekiwałam od początku przyjazdu tutaj. Jedyne co mnie wkurza, to to, że Greg nie wypełnia tego co mówi. Obiecuje, że przyjedzie o danej godzinie a nie zjawia się wcale lub przyjeżdża spóźniony. Zawsze z tą samą gównianą wymówką, że telefon mu szwankuje. I rzeczywiście jego czas jest jakby na nim spowolniony. Myśli, że ma jeszcze czas a już mija dana godzina. Spóźnia się na wykłady, na spotkania ze mną, do kina, na spacery, na kolację w restauracji. Dzięki czemu nie dostaliśmy zarezerwowanego stolika.

Lekcje kończą się za dwadzieścia minut. W spokoju będę mogła się przebrać na imprezę organizowaną przez Justina i jego znajomych. Mam nadzieję, że tym razem Greg przyjedzie na czas. Na wszelki wypadek będę pilnowała czasu i zadzwonię do niego gdy będzie miał wyjeżdżać z domu.

Gdy skończyły się wykłady, wróciłam do domu swoim samochodem. Już nie jeżdżę z Gregiem, nie zamierzam się spóźniać. W jakim świetle by mnie to stawiało przed wszystkimi. Opuściłam szkołę około piętnastej. Wjechałam do pralni odebrać swoją sukienkę.

-Załóż coś niebieskiego, taką mam koszulę- dostałam smsa od Grega.

-Już to ustaliliśmy kochanie. Dwa dni temu. Nie stresuj się.


Biedny, nie będzie to pierwszy raz gdy wychodzimy wspólnie, więc nie wiem skąd te nerwy? Może obawia się mnie przedstawić co niektórym znajomym? Wypytam go o wszystko gdy sobie wypije. Ja muszę zachować trzeźwość, to ja prowadzę do domu. Nie zamierzam się upijać na pierwszej imprezie, na którą pójdę.

Wbiegłam do siebie w domu do pokoju i zaczęłam szykować na imprezę. Nie będzie ona w żadnym domu, to będzie coś bardziej w stylu klubu, choć nie do końca, jakby któryś z nich miał prywatny klub dla domówek. Tak to miejsce zostało określone.

Stroje bardziej klubowe, czyli kuse sukienki, spódniczki a faceci w miarę przyzwoitości.
Podkręciłam więc delikatnie włosy, zrobiłam sobie makijaż i założyłam swoją sukienkę na pięć minut przed przyjazdem Grega.



Założyłam na nogi szpilki, słysząc jak wjeżdża na podjazd. W dodatku o czasie. Tak byłam zajęta przygotowaniami, że nie pomyślałam, że może się nie zjawić.

-Ha! Udało mi się! Jestem na czas!- krzyknął gdy zamykałam drzwi od domu.

-Mam ci gratulować? Tak powinno być zawsze- odwróciłam się gdy już schowałam klucze do swojej mini torebki.

-Wow!- krzyknął i gwizdnął jednocześnie- Nie wiedziałem nawet, że masz w szafie taką sukienkę.

-Nie było jeszcze okazji by ją założyć, ale myślę, że na dziś się nadaje świetnie- wsiadłam do auta- Greg, co ty masz na sobie?- roześmiałam się.

-Tak wiem, że to jest trochę bardziej szare niż niebieskie, ale ma poświatę tego koloru.

-Co ty pieprzysz- roześmiałam się jeszcze bardziej- To nie ma nic wspólnego z moją sukienką, z jej kolorem.

-Nie śmiej się, to koszula od twojej mamy- od razu przestałam się śmiać- Na gwiazdkę w zeszłym roku. Co? Już nie jest tak zabawnie- uśmiechnął się szeroko i położył dłoń na moim udzie- Poszczęści mi się dzisiaj?

-Ha, ha. Po pijaku? Nie ma mowy- poprawiłam jego fryzurę gdy włączaliśmy się do ruchu na ulicy.

-A jeśli nie będę pił?

-Myślę, że oboje będziemy zmęczeni nocną zabawą by mieć później siłę na igraszki, nie sądzisz?

-Nie wytrzymam kobieto. Może jutro? Proszę, spuść ze mnie to ciśnienie. Sukienką mi tego nie ułatwiasz.

Zakryłam twarz dłońmi i roześmiałam się, spojrzałam na niego.

-Nie patrz na mnie tak, kurwa. Twoje spojrzenie zawsze-jestem-gotowa-na-seks, nie pomaga mi w tym.

-Mam takie spojrzenie?

-Gdy patrzysz spod przymrużonych powiek i zagryzasz wargę, można sobie wiele wyobrażać- uśmiechnął się- Pogadamy jeszcze o tym.

-Traktujesz to jak jakąś umowę. Nie możesz raz podejść i spontanicznie mnie wziąć?

-Przemyślę to.

Jęknęłam i wyrzuciłam dłonie w geście irytacji. Zawsze planował, seks w kalendarzu, pewnie nasze pocałunki były też zaplanowane. Jednak wiedziałam, że po prostu nie chce bym się czuła niekomfortowo.

Dojechaliśmy na miejsce po pól godzinie. Greg całą drogę gładził mnie po udzie i zerkał w moją stronę.

-Postaram się mniej planować a więcej robić, ok?- zapytał w końcu.

-Tak, świetnie.

Wyszliśmy z auta i weszliśmy do klubu, który znajdował się na poziomie minus jeden, w piwnicy. Widziałam wszystkie dziewczyny, skąpo ubrane w crop topy, spodenki, które odsłaniały pół tyłka. Moja sukienka w porównaniu z ich ubraniami, a raczej ledwo zakrywanymi szmatkami, w porównaniu z nimi to byłam w pełni ubrana.

-Pójdę coś nam wziąć do baru, zaczekaj tu na mnie.

-Pospiesz się, proszę.

Musnął mnie w policzek i odszedł. Stałam, czekałam, dwadzieścia cholernych minut i nadal go nie było. Ruszyłam w stronę baru, nie było go i tam. Przeszłam cała salę, palarnie, jebany taras, nigdzie go nie było. Zniknął.

Usiadłam na stołku przy barku, jedna łza stoczyła mi się po policzku, wytarłam ją natychmiastowo.

-Co się stało? Jakbym odtwarzał sytuację, znów taka zagubiona- zaczął Justin.

-Daj mi spokój. Czekam na Grega.

-To jeszcze sobie poczekasz. Prowadzi bardzo ożywioną dyskusję przed budynkiem z pewną blondynką.

-Nie ściemniaj.

-Przysięgam. Mogę ci pokazać obraz z kamery jeśli chcesz.

-Pokaż.

Justin wyciągnął swój telefon, pogrzebał w nim chwilę i pokazał mi na ekranie obraz z zewnątrz tego miejsca.

-Byłam tam przed chwilą, jeszcze go tam nie było- zaczęłam gdy zobaczyłam jak ożywioną dyskusję prowadzi z dziewczyną.

Ona swobodnie dotyka go po ramieniu czy to po policzku, okropnie jest to oglądać. Czy takie właśnie było jego zachowanie przez ostatni rok? Był taki otwarty na flirt?

-Mogę cię o coś prosić?- zapytałam.

-O co tylko zechcesz.

-Jak tu wróci, zatańcz ze mną. Niech wie jak to boli.

-Na prawdę? Chcesz mu robić na złość, mną?

-Wiem, że to okrutne i nie wyobrażaj sobie za wiele, jeśli nie chcesz to poproszę kogoś innego.

Rozejrzałam się po sali i wskazywałam palcami na chłopaków.

-Nie, kurwa, nie. Dobra, to pojebane ale zrobię to, niech ci będzie.

Chłopak przechodzący obok z aparatem zapytał, czy chcielibyśmy sobie zrobić zdjęcie... Pokręciłam przecząco głową, a Justin przyciągnął mnie do swojego boku.

-To na pamiątkę, do albumu szkolnego- roześmiał się- Chyba nie będziesz płakać z powodu fotki ze mną, co?


-Ujdzie- uśmiechnęłam się.


Poczekałam na wejście Grega w podziemia, zajęło mu to kolejne dziesięć minut. Gdy zobaczyłam, że schodzi na parkiet, wstałam od stołka barowego z Justinem i poszliśmy na parkiet. Justin praktycznie zaciągnął mnie na niego za rękę, czułam się dziecinnie, ale cóż, słowo się rzekło.

Odwróciłam się do Justina plecami i przywarłam do niego. Zsunął delikatnie dłonie po moich rękach i splótł palce z moimi, poruszaliśmy się wspólnie w rytm piosenki. Poczułam, dosłownie poczułam dziwny prąd między nami. Jakby coś niewypowiedzianego zaczęło nam ciążyć.

-Mel- zaczął Justin, gdy poczułam jak zostaje ode mnie odepchnięty.

Zadziałało.

-Co ty sobie kurwa wyobrażasz, tak tańcząc z moją dziewczyną?!- podniósł głos Greg.

-Dobrze się bawiłeś z blondynką?- zaczęłam mówić do Grega, a ten odepchnął mnie, zatoczyłam się lekko w tył, tracąc równowagę na moment, dłoń Justina złapała mnie w odpowiednim momencie, tak bym nie wywaliła się na twardą ziemie.

-Hej, hej, kolego- zaczął Justin- Nie traktuje się tak kobiet.

-Co ty kurwa wiesz o szacunku. Mel, przepraszam, nic ci nie jest?

-Nie, nic. Justin, dziękuję ci za pomoc, ale myślę, że załatwimy to na zewnątrz. W sensie, porozmawiamy Greg, na zewnątrz, już.

Wypchnęłam go na zewnątrz.

-Teraz będziesz się bawiła w dziwkę?

-Nie mów tak do mnie.

-To nie zabawiaj się z innymi na moich oczach.

-Tylko tańczyliśmy, a ja zrobiłam to celowo. Widziałam cię z nią, jak cię dotykała i uśmiechała się.

-To... Kochanie, to dawna przyjaciółka mojej rodziny, koleżanka mojej siostry, dorastaliśmy razem, nie chciałem jej tak odepchnąć, bo dużo pomogła Sarze, sama wiesz. Miały podobne problemy, nie lubią być odrzucane. Nie bierz tego do siebie, jesteś lepsza. Szczególnie w tej sukience.

Otworzyłam szeroko oczy, To nie był mój Greg, mój nie jest taki zmienny, te humorki... O nie. Podeszłam do niego bliżej a on się uśmiechnął, spojrzałam mu w oczy i lekko je rozszerzyłam.

-Greg, co za narkotyki wziąłeś?

-Nie brałem narkotyków kocie.

-Greg, przecież widzę.

-Ty wszystko wiesz i widzisz, co?- Oho, znowu się zaczyna.

-Wracam do domu. Zostajesz czy jedziemy?

PROSZĘ, POWIEDZ, ŻE CHCESZ JECHAĆ.

-Zostaję, ja się dobrze bawię. Idź, ale zostaw mój samochód.

-Proszę bardzo- rzucam w niego kluczykami, które mi dał na wejściu- Niech cię blondi odwiezie.

-Tak zrobię. Poproszę ją o to, znaczy się- uśmiechnął się ukazując dołeczki.

Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w stronę postoju taksówek. Nie zamierzałam dzisiaj już znosić jego humorków.

-Jestem gotowa ci wybaczyć dzisiaj, tylko przyjedź do mnie trzeźwy. I nie nafaszerowany narkotykami.

-A postarasz się wyglądać mniej jak dziwka?

-Tak, z pewnością- dodałam zrezygnowana.

Boże, to nie był mój Greg, on się nigdy tak nie zachowywał. Nigdy mnie nie zwyzywał, nigdy nie obraził, nie popchnął mnie. Co mu podano? Może to ta blondi?

Ocierałam spod oczu łzy i wsiadłam do taksówki. Byłam w domu ledwo dwie godziny od swojego wyjścia. Mamy nie było, wyszła z przyjaciółkami z pracy.

Zmazałam makijaż, zrzuciłam z siebie durną sukienkę i wrzuciłam ją do pieca na dole. Co za koszmarny wieczór. Związałam włosy w kucyk i włączyłam sobie pranie mózgu w telewizji. Obudziło mnie dobijanie do drzwi.


niedziela, 18 września 2016

Rozdział #6

Położyłam się wcześnie do łóżka. Nie zjadłam już kolacji z mamą. Po przejrzeniu jego całego profilu, wyłączyłam laptop, weszłam do łóżka. Zasnęłam, nawet nie wiedziałam kiedy. Obudził mnie automatyczny budzik nastawiony w telefonie. Jęknęłam głośno i zwlekłam się z łóżka.

Umyłam głowę i zrobiłam sobie makijaż, zeszłam w związanych włosach na dół. W kuchni zastałam już swoją mamę.

-Co tak wcześnie wstałaś, mamuśka?


Mam już dzisiaj spotkanie poósmej, stresuję się i chcę wyglądać dobrze, zjem szybkie śniadanie i zmykam się szykować. A ty jak się czujesz kochanie?  Źle się czułaś?

-Nie, dlaczego pytasz?

-Spałaś już o ósmej gdy wróciłam do domu.

-Trochę mnie głowa bolała i usnęłam, bez obaw. Chyba za dużo wrażeń jak na pierwszy dzień- roześmiałam się.

-Co powiesz dzisiaj na zakupy, gdy wrócisz z uczelni?  Ja pracuję dzisiaj krócej, może cię odbiorę po treningu?  Czy jedziesz autem?

-Nie, zabieram się z Gregiem. To po treningu. Czekaj na mnie przy kawiarni, wypijemy coś i pojedziemy na zakupy.

-Zgoda.

Mama ucałowała mnie w czoło i wyszła z kuchni z tostem w ręku. Zrobiłam sobie płatki i przejrzałam kilka aplikacji w telefonie. Po schowaniu naczyń do zmywarki wróciłam do siebie do pokoju i wysuszyłam włosy. Sprawdziłam temperaturę wychodząc na taras. Czuć już było w powietrzu jesienne powiewy chłodu, ale słońce nadal pieściło skórę, jeszcze trochę można było się ubierać lekko.

Zamknęłam oczy gdy wiązka światła z czyjegoś tarasu wbiła mi się w spojrzenie. Odwróciłam wzrok i poszłam dalej na taras, doszłam do barierek i rozejrzałam się po okolicy. I dostrzegłam autora tego głupiego żartu. Justin mieszkał niedaleko, widziałam go z tarasu a on widział mnie. Co za żenująca sytuacja. Pomachał mi na powitanie, ja zaś postukałam się w czoło palcem wskazującym pokazując, że ma głupie pomysły. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do domu.

Założyłam na siebie czerwoną bluzkę z odkrytymi ramionami i podziurawione jeansy.


Przepakowałam torbę i wyszłam na podjazd, czekając na przyjazd Grega. Nie pojawiał się przez dobre dziesięć minut, mimo, że już powinien być na miejscu. Nie należał do osób niespełniających swoich obietnic.  Na podjeździe usłyszałam warkot motoru. A ten czego tu znowu chce? 

-Jedź sobie stąd, jak Greg cię tu zobaczy, nieźle się wkurzy. 

-Tak, na pewno mnie zobaczy. Moi ludzie mówią, że auto jeszcze jest u niego na podjeździe. Nawet po ciebie jeszcze nie ruszył. Nie czekaj ja idiotka. 

-Nigdy mu się to nie zdarzyło- pokręciłam głową.

-Sprawdzić czy jeszcze śpi? 

-Nie masz takiej władzy cwaniaku. 

-Chcesz się założyć? 

-Śmiało.


Justin wyciągnął z kieszeni telefon i zadzwonił jak podejrzewam, do jednego ze swoich "ludzi". To brzmi niedorzecznie, pokręciłam głową, znowu i roześmiałam się. 

-Śpi, podwieźć cię? 

-Nie, mam auto, sama się dostane. 

W tym samym czasie mama wyszła z domu.

-Już jestem spóźniona!- krzyknęła do mnie- Mam spotkanie za dwadzieścia minut. Czemu jeszcze nie wyjechałaś? Spóźnisz się do szkoły Mel. 

-Nie spóźnię, idę do domu po kluczyki i jadę.

-A nasz wypad? Na dwa samochody pojedziemy? 

-Podwiozę ją do szkoły, będą panie mogły spędzić miły dzień razem. Jedziesz? Mel? 

-Nigdzie z tobą nie jadę- uparłam się- Nie znamy się, już to ustaliliśmy.

-Przestań. Twój chłoptaś cię wystawił, śpi jeszcze, jedźmy. 

Jęknęłam głośno. Przewróciłam oczami i wsiadłam na jego motor. Dał mi do założenia swoją bluzę, przyjęłam ją , niechętnie.Ale wolę to niż marznąć od prędkości. 

-Pamiętaj, to nic nie znaczy.

-Jasne, jasne- zaśmiał się.

-Poważnie, podrzucasz mnie jak najdalej od szkoły, tak by nikt nic nie widział.

-Tak, rozumiem. Coś jeszcze? Jakieś życzenia?

-Póki co nie. Jedź już. 

I tak też zrobił. Ruszył, jechał z ogromną prędkością, czułam to nawet przez kask na mojej głowie, że miał niebotyczną prędkość. Dojechaliśmy do uniwerku w jakieś dwadzieścia minut. Wysadził mnie około pięciuset metrów od szkoły. Zdjęłam z głowy kask i przeczesałam dłońmi włosy, spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek. Justin oblizywał wargi spoglądając na mnie.

-Dziękuję za podwiezienie, sama oczywiście też bym dotarła, ale doceniam to, dzięki.

Zdjęłam z siebie jego bluzę i odłożyłam mu ją na motor. Wzięłam swoją torbę i z kieszeni spodni wyciągnęłam telefon. Justin chwilę później ruszył z miejsca na parking szkolny. 
Mój telefon zawibrował. Greg.

-Kochanie, przepraszam cię, na prawdę, nie wiem co się stało, mój budzik nie zadzwonił. Nie obudziłem się. Za dwie minuty będę w szkole, dotarłaś? 

-Jestem już przy szkole, poczekam na ciebie. 

Czekałam aż wjedzie na parking. Wysiadł z auta i ruszył w moją stronę. Rzuciłam się mu na szyję, ucałował mnie czule jak zawsze to robił.  Justin przechodził obok nas ze swoją paczką. Kaszlnął gdy jeszcze się nie oderwałam od Grega. Spojrzałam na niego, odwrócił wzrok i ruszył do środka. Przy wejściu czekała na niego szatynka o niebieskich oczach. Obejrzałam się przez ramie na nich. Justin objął ją ramieniem. Z szerokim uśmiechem ruszył w głąb szkoły. 

-Kolejna ofiara- zaczął Greg.

-Współczuję jej. Zatapiać smutki po kimś w takiej osobie- dodałam na głos.

-Co?

-Co?

-Co mruczałaś pod nosem? 

-Nie rozumiem.

-O zatapianiu smutków.

-Tak, głośno myślę. Musi mu lub jej być smutno, że się pocieszają tylko w taki sposób. 

-Teraz rozumiem. Chodźmy- uśmiechnął się szeroko, pocałował mnie w skroń i wszedł ze mną do środka.


Nie rozumiem po co mówić komuś, że się w nim zakochuje a później spotykać się z innymi? Nie, żeby mi to wadziło, niech robi co chce, jego strata czasu. Po prostu nie rozumiem. Nie mówi się takich rzeczy. Wyciągnęłam z kieszeni telefon w drodze do sali wykładowej i weszłam w aplikację, przejrzałam główną ściankę. Justin udostępnił swój album ze zdjęciami z września 2013 roku... Pięć minut temu. Po co? 

Większość ujęć to ja, nie chcę by ludzie to widzieli. Nie chcę by myśleli, że się znamy, czy kiedykolwiek znaliśmy...

Widziałem ten szeroki uśmiech... Od 2013 roku.


To mnie będzie teraz prześladować, co? Weszłam na pierwszy wykład i zajęłam miejsce w ostatnim rzędzie. Schowałam się za wszystkimi. Położyłam głowę na blacie i ręce położyłam dookoła swojej aury włosów. Po kilku minutach rozległ się dzwonek na początek zajęć. Usłyszałam obok siebie odsuwane krzesło, zobaczyłam czarne trampki pod ławką i poczułam wodę kolońską. 


-Chowasz się przed czymś?

Znałam ten głos, to głos który chciałam najmniej usłyszeć. 

-Na prawdę? Nie możesz zostawić mnie w spokoju?- powiedziałam cicho by nikt nas nie usłyszał.

Justin nie odzywał się do mnie do końca zajęć, ja się nie odzywałam. Chyba odpuścił. W końcu. 
Pod koniec zajęć spojrzałam w jego stronę. Całą godzinę starałam się nie spoglądać w jego stronę. Wiedziałam, że on patrzy, ja nie miałam chyba tyle odwagi. Pięć minut przed dzwonkiem, spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek. Ujrzałam jak jego szczęka zarysowuje się, jak jego policzki wchłaniają się do środka, jakby je od środka przygryzał by się nie roześmiać. 
Odwróciłam wzrok.  Zabawna jest ta gra, którą toczymy. Spojrzy czy nie spojrzy. Pod koniec wykładu spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem, odwzajemniłam jego uśmiech. Czułam się w miarę swobodnie w jego towarzystwie. Chyba po wczorajszej rozmowie, czy raczej wyznaniu z jego strony, wiem, że nie mam się czego obawiać. 
Uśmiechałam się cały czas aż dzwonek zadzwonił. Uśmiech z jego twarzy zniknął. Wstał gwałtownie z krzesła i mruczał pod nosem tylko kurwa, kurwa. 

Wyszedł z sali z szybkością błyskawicy. Co się tak nagle stało? Wydawało się, że i on również zaczynał się czuć swobodnie. Chyba jednak nie znam się tak dobrze na ludziach jak myślałam. 

Nie widziałam już Justina do końca zajęć, z Gregiem jak zwykle spotkałam się na przerwie obiadowej. Po południu wszystkie cheerleaderki zebrały się w szatni, szykując się do treningu. Przebrałyśmy się w swoje bordowo czarne stroje i związałyśmy włosy w kucyki. 

Wyszłyśmy z szatni i przeszłyśmy długim tunelem by w końcu wydostać się na murawę. Chłopcy zaczynali właśnie trening. I wtedy gdy wyszłam jako ostatni zobaczyłam, że Greg rozmawia z Justinem. No chyba nie powiedział mu tego co mi, prawda? 

Podbiegłam do Grega i ucałowałam go mocno w usta. 

-Co jest kotku?- zapytałam.

-Bez obaw, nic poważnego. Justin- wskazał na chłopaka z tatuażami- Zaprosił na na piątkową imprezę. Pójdziemy?

-No nie wiem.

-Nie daj się prosić, pierwsza impreza w Nowym Jorku, jesteś studentką, zaszalej- zaczął Justin.

-Zobaczymy co da się zrobić- uśmiechnęłam się zdecydowanie zbyt słodko. 

-Idź, ćwicz maleńka, musisz nad nieźle dopingować na poniedziałkowym meczu- Greg klepnął mnie w tyłek i wrócił do chłopaków. Pisnęłam niezadowolona. Nie cierpię jak robi tak przy ludziach.

Justin stał w tym miejscu gdzie rozmawiali. Widziałam jak źrenice mu się powiększają i jak jego wzrok przeszywa mnie na wylot.

-Mówiłam już, że ten wzrok nie działa na mnie?

-Nie myślę o tobie, w mojej głowie zrodziło się zupełnie co innego- machnął ręką- Na prawdę masz szczęście, że jesteś z nim szczęśliwa.

-Dlaczego go zaprosiłeś? Przecież jesteście jak dwa różne światy.

-Nie dla niego go zaprosiłem. Dla ciebie.

-Sorry, ale nie lubię chodzisz na przedstawienia, gdzie pijane laski się uwieszają na przypadkowych gości, i otwierają nogi dla pierwszego lepszego, totalny brak szacunku do siebie. A ty- wskazałam na niego- Ty, to wykorzystujesz. 

-Nie bądź zazdrosna, też mogłabyś to mieć- zaśmiał się.

Czy on na prawdę myśli, że to było zabawne? 

-Nie lubię łatwo dostępnych towarów. Jeśli coś ma niską cenę to jest chodliwe, czyż nie? 

Przewróciłam oczami i wróciłam do dziewczyn.