czwartek, 27 października 2016

Rozdział #11

Gdy auto się zatrzymało, byłam w kompletnym szoku. Przeżyłam, ale nie wiedziałam czy nadal chcę takiego życia. Auto stało jak gdyby nigdy nic, Greg siedział z uśmiechem na ustach, w ogóle go ta sytuacja nie obeszła. Znów był po narkotykach. Łzy leciały mi spod powiek, byłam wstrząśnięta, ale nie chciałam kłopotów. Głowę, ręce, nogi, miałam wszystko. Nawet nie bolała mnie głowa. Nie bolało mnie nic prócz ramion i uda. Co za zezowate szczęście, co?  Żadnego wstrząsu mózgu, bynajmniej tak czułam.

-Przesiądź się- rozkazałam mu, był bardzo posłuszny, zrobił to.

Cały czas się głupio uśmiechał.  Wsiadłam za kółko i pojechałam do jego domu. Nikogo nie było w środku. Greg wyglądał jakby nic nie było w stanie go teraz zniszczyć. Był uśmiechnięty ale jego wzrok... Gdyby mógł zabijałby nim. Wszedł do domu o własnych siłach, poszedł do pokoju, położył się. Zostałam dziesięć minut, poszłam sprawdzić jak się czuje. Spał. Zostawiłam go. Miałam to gdzieś.

Wyszłam z jego posiadłości. Zawołałam taxi, kazałam się odwieźć pod szkołę. Tam stało moje auto. Gdy zajechałam na miejsce, wszyscy dopiero zbierali się z meczu, drużyny rozchodziły się po swoich autach. Każdy zaczął wyjeżdżać z terenu szkoły. Nie chciałam nikogo spotkać, ale wiecie jak zawsze wychodzi.

-Mel!- zawołała radośnie Laura- Wróciłaś. O rany! Co ci jest? Wyglądasz jakby cię tir przejechał.

Tak też się czułam. Włosy miałam potargane, ciało obolałe, konkretne dwa miejsca pulsowały tak boleśnie mocno. Zarzuciłam na siebie katanę i zakryłam ciało, czułam, że siniak na ramieniu zaczyna mi wychodzić. Cholera!

-Źle się czuję, nie jestem w najlepszym humorze. Przyszłam po swoje auto, odwiozłam Grega do domu.

-Tak, słyszałam. Między wami okej?

-Nie. Ale będzie. Będzie okej- pokręciłam zrezygnowana głową- Musi być, w końcu kochamy się, nie?

-No, dobrze, trzymaj się.

Przytuliła mnie i ścisnęła po ramionach, wykrzywiłam się z bólu.

-Chyba nie zamierzasz z nim dalej być?- zapytał znany mi głos.

-A co mam zrobić. Potrzebuje pomocy, nie wysłucha nikogo innego.

-Potrzebuje psychologów, terapii, nie worka treningowego. Nie pozwolę na to.

-Nie jesteś za mnie odpowiedzialny.

Justin podszedł do mnie niebezpiecznie blisko i zsunął moją katanę z ramienia.

-Tak myślałem- ciężko zaczął oddychać- Zabiję go, poważnie Mel, nie obchodzą mnie konsekwencje, zabiję skurwiela.

-To nic, to drobny siniak, nie chciał tak mocno.

-Nie broń go, kurwa! Mel, proszę cię, nie broń go- dodał cicho.

-Nie bronię, poprawi się, zobaczysz.

-Mel, nie widzisz jaką głupotę robisz? Będzie cię niszczył.

-Nie, na prawdę, będzie lepiej, przekonasz się, obiecuję.

-Nic mi nie obiecuj, zobaczysz sama, ja nie będę miał jak cię obronić, on w końcu ciebie zabije.

-Nie zrobi tego.

-Jeśli kiedykolwiek jeszcze raz cię dotknie, źle, zabiję go.


Westchnęłam ciężko i wsiadłam do swojego samochodu. Wyjechałam spod szkoły za innymi uczniami. Z oczu spadały mi ciężkie łzy, otarłam oczy i wróciłam do siebie do domu.

Przez kolejny tydzień miałam w sumie spokój, Greg nie chodził do szkoły, miał za to płukanie żołądka, i odpoczywał w domu. Justina także nie było widać w szkole. Nie witał mnie już na tarasie każdego ranka z uśmiechem. Zaczynało się wszystko uspakajać. Greg chodził już więcej, oczywiście o kulach, ale szło mu to znacznie lepiej niż wcześniej. Przywykł do sytuacji. Przepraszał na każdym kroku, kupował mi kwiaty, wysyłał słodkie smsy tylko po to bym przestała się gniewać. Sęk w tym, że ja się nie gniewam, wybaczyłam, ale nie zapomniałam. Jestem z nim, bo sam sobie nie radzi. Dzisiaj poszliśmy do kina. Wow. W końcu coś. Cieszyłam się, że gdzieś nareszcie wyszliśmy, sami.

-Pójdę tylko o toalety i możemy wchodzić na salę, okej?- zapytałam.

-Pewnie, pójdę po napoje i nachos- musnął mnie w policzek i poszedł do kolejki.

Skierowałam się do toalety, w drzwiach minęłam się z nią. Boże jak ja jej nienawidzę. Blondyna. Której przypisano wiele ról. Nie znam jej prawdziwego imienia, ani nie chcę poznać, ale wiem, że jej nienawidzę. Greg za każdym razem zapomina jak się nazywała, wymyśla nowe opowieści o koleżance. Ugh!
Poszłam do ubikacji, później poprawiłam włosy i lekko nasmarowałam usta błyszczykiem.  Wyszłam z toalety i dołączyłam do swojego chłopaka. Rozejrzałam się dookoła, po dziewczynie nie było śladu. Greg stał uśmiechnięty i spokojny z napojami w dłoniach.

-Wziąłem ci colę zero jak zwykle a sobie zwykłą, ok?

-Co za różnica. Aż tak nie utyję od zwykłej.

-No, ale...

-Żartuje, nie stresuj się, nie jestem już zła. Film się zaczął, chodźmy, proszę.


Usiedliśmy obok siebie i przez ponad godzinę siedzieliśmy w ciszy. Nie odzywałam się i nie całowałam z nim. Nie jak reszta par. Oczywiście, zdarzało nam się tak wcześniej, ale teraz mieliśmy trochę na pieńku i nie bardzo miałam ochotę na jego usta wpijające się we mnie. Greg siedział spokojnie, oglądał film w skupieniu. Oparłam głowę na swojej ręce podpartej o podłokietnik.

Usypiałam gdy usłyszałam szlochy kobiet z tyłu. Och, no tak. Główny bohater wrócił do swojej ukochanej. Jakie to oklepane. Wstałam z fotela i wyszłam z sali, Greg dwie minuty za mną.

-Ładny ten film, co?

-Nie, ani trochę. Po co odchodził, skoro i tak wrócił, taki posłuszny, to głupie- szliśmy na parking.

-Och, no tak, ty pewnie wolałabyś kogoś takiego jak Justin.

-Co?- odwróciłam się do niego.

-Słyszałaś. Nudzisz się, nie? Ze mną? Masz dość.

-Przestań tak mówić.

-Nie byłabyś taką zołzą gdyby cię porządnie zerżnął jak resztę szkoły.

-Greg! Uspokój się.

Odwróciłam wzrok, otworzyłam szeroko oczy.

-Nie, nie znowu. Greg, znowu to brałeś?

-Nic nie brałem, dziewczyno. A nawet gdyby, ten twój chłoptaś też bierze.

-Nawet gdyby-przeciągnęłam powtarzając za nim- Przynajmniej się zachowuje. Nie jest takim protekcjonalnym dupkiem i chamem.

Od razu pożałowałam tych słów. Choć były prawdziwe. Nie żałowałam, że to powiedziałam, żałowałam tego momentu w których padły słowa. Greg był pod wpływem, był agresywny. Nie zdążyłam się schronić gdy jego ręka wylądowała na moim policzku, uderzając o niego mocno, za mocno. Zakręciło mi się w głowie. Plask rozbiegł się po parkingu. Greg złapał mnie za ramiona, siniaki, które już schodziły zostaną zastąpione nowymi. Szarpał mną i rzucał mi obelgi prosto w twarz. Uderzył mnie drugi raz. Wyszarpałam się z jego ramion i kopnęłam go w samo krocze, zwinął się z bólu i ukląkł na ziemię, dodałam do tego jeszcze mocny policzek. Jego jęk rozbrzęczał po całym parkingu.

-To koniec, nie dam rady z tobą już być, tak nie można. To koniec Greg.

Rozpłakałam się nim jeszcze dobiegłam do auta. Dzięki Bogu byliśmy moim samochodem. Pewnie tego nie zapamięta, ale dla mnie był koniec.

Zostawiłam go, nie dałabym rady dłużej tego znieść. Nie pozwolę się tak traktować. Miłość, co? To nie była już miłość. Nikt kto kocha nie zachowuje się jak wyrzutek. Mógł mnie obrażać, mógł mnie znieważać, ale przemoc, o co to, to nie. Nie posiadał mnie, więc nie będzie mnie traktował jak swoją zabawkę.

Niech sobie ma złamaną nogę, niech sobie go boli, mam to gdzieś, niech chodzi i kolejne dwa miesiące na rehabilitacje, już sam, mnie to nie będzie obchodziło. Nie postępuje się z drugim człowiekiem jak ze śmieciem.

Wróciłam do domu i wbiegłam na górę. W pokoju zrzuciłam z siebie ciuchy, weszłam do łazienki i stanęłam pod gorącym strumieniem. Niech ktoś ze mnie zmyje wszystkie ślady, proszę. Zmyłam siebie brud dnia dzisiejszego, umyłam głowę, obmyłam całe ciało. Gdy wyszłam spod prysznica, czekało na mnie najgorsze starcie. Obejrzenie siebie w lustrze. Ściągnęłam z siebie ręcznik i spojrzałam jednym okiem w lustro, zrzuciłam ręcznik na podłogę i otworzyłam drugie oko. Moje ciało wyglądało jak kompletna masakra. Siniaki na udzie, na biodrze, na ramionach, na przedramionach. Jak? Kiedy? Nie czułam ich wszystkich. Osunęłam się na podłogę i rozpłakałam. Jaki cudem się w to bagno wciągnęłam?

Siedziałam na ziemi dobre dwadzieścia minut nim byłam w stanie przebrać się w piżamę i położyć do łóżka. Mel, musisz jakoś jutro wyglądać w szkole. To chyba będzie najcięższy dzień w tej pieprzonej szkole od początku roku. W łóżku znów się rozpłakałam, nie wiem kiedy zasnęłam, ale wstałam jeszcze bardziej niewyspana niż wtedy gdy się kładłam. Wyszykowałam się automatycznie. Nie przykładałam do tego uwagi. Założyłam spodnie z dziurami i za dużą bluzę. Wzięłam swoją torbę i bez śniadania pojechałam do szkoły. Od rana mój telefon nie przestawał dzwonić. No tak Greg, pewnie nic nie pamięta.  Wyjaśnię mu to dzisiaj. Nie ma dla mnie znaczenia czy był pod wpływem czy nie, zrobił coś niewybaczalnego.

Byłam w szkole dopiero pięć minut przed pierwszym wykładem. Wyszłam z auta i pobiegłam prosto do budynku. Moje szczęście chciało bym akurat paskiem od torebki zahaczyła o klamkę drzwi wejściowych. Bum, torba zerwała się z paska, wszystkie rzeczy wypadły na ziemię. Byłam taka zażenowana.

-Hej, pomogę ci.

Tak! To był głos, który znałam, chyba pierwszy raz się tak cieszyłam, że go widzę. Uśmiechnęłam się szeroko, czułam, że uśmiech dochodził mi aż do oczu, podobnie jak łzy, te jednak zdołałam powstrzymać.

-Dziękuję, na prawdę nie miałam dzisiaj szczęścia.

-Co jest? Płakałaś?- przejechał kciukiem pod moim okiem.

-Jestem niewyspana, te prace zaliczeniowe mnie wykańczają.

-Mel- naciskał.

-Jeszcze jedna do napisania i się wyśpię, w końcu!- roześmiałam się. Widziałam jak mi się przygląda, zmieniłam więc strategię- No, to gdzie byłeś cały zeszły tydzień?

-Poza miastem- dodał i odszedł nie mówiąc nic więcej.

Poszłam na pierwsze trzy wykłady. Czas ciągnął się niemiłosiernie, miałam już dzisiaj dość, ta szkoła to ostatnie miejsce, w którym chciałam teraz być.
No i nadeszła przerwa na obiad. Całkowicie zapomniałam od wczoraj o jedzeniu, gdzie kiedyś było to dla mnie wszystkim, na prawdę, tu chipsy, tu pizza, przekąski, słodycze, ciągle coś.
Wyszłam z sali Pana Chestera i skierowałam się do budki z kanapkami.

-Hej, Mel, zaczekaj- Greg złapał mnie za ramię, delikatniej niż zwykle- Co się stało? Czemu nie odpowiadasz?

-Słucham? Greg, my nie jesteśmy już razem.

-Co? Od kiedy?

-O Boże- złapałam się za głowę- Znowu brałeś wczoraj, że nic nie pamiętasz?

-Nic nie brałem, kurwa. Jak nie jesteśmy razem, dlaczego?

-Uderzyłeś mnie! Dwa razy. Pokazać ci siniaki, które mi zrobiłeś?

-Przestań pieprzyć- syknął.

-Daj mi spokój, mówiłam, to koniec, nie dam się tak poniżać.

-Nie zrobiłem ci nic! Nie wymyślaj sobie Mel.

-Greg, poważnie, koniec, pobiłeś mnie.

Podszedł do mnie blisko i przystawił mi palec centralnie na środek klatki piersiowej.

-Nie możesz ze mną zerwać. Kochasz mnie.

-Nie kocham cię takiego, nie jesteś sobą. Jesteś okropnym człowiekiem.

-Wiesz co, dobra, weź to swoje idealne życie i wypierdalaj z mojego- pchnął mnie ręką w ramię.

Och, kolejna huśtawka nastrojów. Czyli mamy to samo... Fajnie. Nie dam się sprowokować. Nie tutaj. Pchnięcie starczy. Odwróć się i odejdź.

-A ty dokąd? Nie masz mi nic do powiedzenia?- zapytał, ciągnąc mnie za rękę.

-Nie, Greg, nie mam. Proszę, daj mi spokój- odpowiedziałam łamiącym się głosem- Nie jesteśmy...

I wtedy jego dłoń znów padła na mój policzek, lekko odwróciłam głowę krzywiąc się z bólu.
To co zdarzyło się później było dla mnie jak film w zwolnionym tempie. Justin powalający Grega na ziemię, uderzający jego głową raz za razem o trawnik, jego pięść na jego szczęce.

-Justin, starczy!- odciągnęłam go za jego czarną bluzę.

Ciężko było go utrzymać, jego masa a moja, to spora różnica. Ale dałam radę. Przyciągnęłam go do siebie i nie puszczałam dopóki Greg nie zebrał się z ziemi.

-Mel, proszę, porozmawiajmy- zaczął mówić.

-Spierdalaj- Justin odwrócił się do niego z miną zabójcy- Dość już narobiłeś.

 Moja twarz cała była pokryta łzami, czułam jak palą moje policzki.

-Mel- napierał Greg dalej.

-Wypierdalaj Sulkin, daj jej spokój, bo zginiesz, poważnie.


Otworzyłam szeroko oczy. Byłam przerażona całą sytuacją. Justin odwrócił się do mnie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. Cała się rozmazałam. Płakałam i płakałam, bluza Justina była cała przesiąknięta moimi łzami.

-Zabierz mnie do domu, proszę, nie chcę tu już być, chcę wrócić do siebie.

-Co ty mówisz, przecież teraz jest tu twoje miejsce.

-Chodzi mi o dom tutaj, nie chcę wracać do Ohio- roześmiałam się i klepnęłam go w ramię.

Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się ciepło.


No i skończyło się... Tyle wspomnień i czasu z Gregiem... A to wszystko przez narkotyki.  Super.







Chyba zdałam sobie sprawę, że nic już nie będzie takie samo. Nic a nic.

-Hej, maleńka, pytałem o coś- wyrwał mnie z zamyślenia głos Justina

-Hm? Co?

-Wracamy?

-Ach, tak, do domu, wracamy- pokręciłam głową wyrywając się z zamyślenia i skierowaliśmy się w stronę auta. Justin objął mnie ramieniem.


środa, 12 października 2016

Rozdział #10

Mieliśmy poniedziałek, byłam już gotowa by pójść na poranne zajęcia.

Póki była pogoda starałam się korzystać jeszcze ze strojów, później nie będzie okazji by je wynosić. Miałam już zrobiony makijaż, fryzurę.

-Zobaczymy się przed zajęciami?- napisałam do Grega.

-No- momentalnie przyszła odpowiedź.

Ależ bym pochmurniały. Nie widziałam go nigdy takiego, chyba ten wypadek za wiele zmienił pod jego główką. Nie sądziłam, że to na niego tak wpłynie. Był taki pesymistyczny. Ruszyłam jednak do szkoły z podniesioną głową, ludzie i tak nie będą pamiętali tego co się wydarzyło. Wszyscy tam byli nawaleni, naćpani, zbyt upaleni by cokolwiek zapamiętać ze słów. Może i gesty zapamiętali, ale słów nie, miałam taką nadzieję. I to się spełniło. Gdy przyjechałam pod szkołę, ludzie mówili tylko o wypadku, że Greg wpadł do rowu, nie pamiętali przez co. Czekałam na murku na jego przyjazd ze spuszczoną głową, aż pod swoimi nogami zobaczyłam jego eleganckiego buta i jedną zagipsowaną nogę. Zaśmiałam się pod nosem i spojrzałam na niego. Miał zdziwione spojrzenie.

-Z czego się śmiejesz? Z tego, że przez ciebie miałem wypadek? Już od wczoraj dostaję tysiące wiadomości, że przez naszą kłótnię wpadłem do tego rowu. Po cholerę oddawałaś mi kluczyki. Wiedziałaś w jakim byłam stanie?

-Podejrzewałam, ale nie byłam pewna. Z resztą powiedziałeś, że ta blondynka cię odwiezie, nie sądziłam, że jesteś taki nierozważny.

-Miałaś być tam ze mną Mel.

-Ty ze mną także, a tymczasem się naćpałeś i skończyło się jak skończyło.

-Jedno dobre z tego wyniknęło.

-Ciekawe co?- zapytałam.

-Byłem dziwnie spokojny, w sensie nic mnie nie obchodziło. Mecze, nasz związek, szkoła. Poczułem spokój i zejście ciśnienia z barków. 

-Super, fantastycznie. To może teraz będziesz to brał dla świętego spokoju?

-Zastanowię się nad tym- dodał.

-Kompletnie postradałeś zmysły. Odbija ci Greg.

Zostawiłam go na korytarzu samego. Nie spotkałam się z nim też na przerwie obiadowej. Nie dostałam żadnej wiadomości. Nie mogłam się skupić na żadnej czynności, jakby wszystko sprawiało mi trudność. Nie poszłam na dwa ostatnie wykłady, schowałam się w parku, czekałam tylko na godzinę kiedy będę mogła pojechać i odbębnić ten mecz. Właśnie wybiła ta godzina. Wróciłam się do szkoły powolnym spacerkiem, mijając zakochane pary, szczęśliwe rodziny. Wszyscy nagle staliście się tacy szczęśliwi jak nigdy, co? 

Weszłam do szatni i przebrałam się w swój kostium, dziewczyny rozmawiały między sobą, ja zaś byłam kompletnie wyciszona. Nie odzywałam się za wiele. Ubrałam tylko strój i wyszłam z szatni. Rozejrzałam się po trybunach i dostrzegłam Grega, z blondyną. No tak, mogłam się spodziewać. Greg stał swobodnie oparty o wejście sąsiedniej drużyny, podtrzymywał się na kulach i śmiał. Co jest, kurwa? 

Podeszłam do niego zdeterminowana.

-O, Mel, już gotowa? 

-Mogę cię prosić na słówko? 

-Wybacz na chwilę- przeprosił poprzednią rozmówczynię- No, co jest?

-Kto to?

-Nie wiem, poznałem ją dzisiaj, nie znam, sympatyczna cheerleaderka sąsiedniej drużyny.

-Poznałeś ją dzisiaj?

-Tak, a co?- uśmiechnął się.

-Nic, na prawdę nic, to nie ma sensu- dodałam do siebie, odwróciłam się i odeszłam.

Przecież wtedy powiedział mi o niej co innego... Czy na prawdę był aż na takim haju, że nic nie widział? Tak, z pewnością. Pozwoliłam, pozwoliłam mu swobodnie z nią flirtować. Nie było sensu wykłócać się z nim na oczach wszystkich, pozwoliłam tylko jednej łzie spłynąć po moim policzku. Weszłam do tunelu, dzielącego trawnik od szatni i tłumów ludzi zebranych na meczu. Minęłam kilku chłopaków z drużyny, którzy szli się rozejrzeć i pozbierać całusy od swoich wybranek na powodzenie.

-Hej, nic ci nie jest?- dobiegł mnie jego znajomy głos.

-Nie, rozmemłałam się trochę, wszystko będzie dobrze. 

-Co się stało?

-Stres.

-Stres? Dlatego płaczesz? Mel, nie oszukuj.

-Na prawdę. Zobaczymy się na murawie. Do boju!- wymusiłam z siebie uśmiech i wróciłam do szatni.

Żaden dupek nie zepsuje mi dzisiejszego wystąpienia, nawet gdybym była z nim dziesięć lat i by mnie zdradził, takie rzeczy nie będą wchodziły mi w paradę. Poprawiłam makijaż, ułożyłam włosy, wzięłam swoje pompony z szafki i przyczepiłam na twarz uśmiech. Wybiegłyśmy z dziewczynami z szatni dopingując naszą szkołę. Jak nastolatki, roześmiałam się szczerze. Wykonałyśmy jako gospodarze pierwszy zagrzewający układ. Po czym weszli nasi chłopcy na zewnątrz, przywitali się z tłumami. Drużyna przeciwna zrobiła to samo. Niestety, na trybunach więcej było osób sprzyjających nam. Mój sztuczny uśmiech zostawiłam w szatni za sobą, teraz na prawdę się uśmiechałam. Nie byłam najszczęśliwsza, ogólnie, ale byłam zadowolona, właśnie w tej chwili.

I tak zaczął się mecz, gdy chłopcy usłyszeli gwizdek, ruszyli do boju. Mecz się ciągnął niemiłosiernie, dopingowałyśmy jak na szpilkach. Justin, Luke, Tomas rzucali się by pozatrzymywać zawodników. Zdobywali punkty, przeciskali się między nimi jak strzały. 
Mimo, że powinien składać się z czterech piętnastominutowych kwart, siedziałyśmy tam już prawie drugą godzinę. Zegar gry był co chwile zatrzymywany, chłopaki rzucali się na siebie, ale w końcu nasza drużyna zdobyła prowadzenie. Mieliśmy to, do końca zostało osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, zero! Zero sekund! Wygraliśmy to! Tak! Tak! Tak! Chłopców czekał awans, co oznaczało coraz więcej meczów wyjazdowych. Super! Będzie można pojeździć i pozwiedzać, przy okazji robić to co się lubi. Dziewczyny łącznie ze mną rzuciły się w stronę zawodników. Byłyśmy w czystej ekstazie po zwycięstwie naszych mistrzów. Rzuciłam się Justinowi w ramiona ze śmiechem, podobnie robiły dziewczyny, Chloe, Laura, Casandra, wszystkie cieszyły się z zawodnikami. Splotłam z Justinem swoje palce i podniosłam jego dłoń do góry w geście zwycięstwa. 

Greg, o nie, Greg, rozejrzałam się dookoła, pewnie czuje się strasznie wykluczony. Poświęcił tej drużynie tyle czasu a nie zagrał w pierwszym meczu sezonu. Spojrzałam w stronę trybun i zobaczyłam go, jego lodowate spojrzenie. Zbierał się stąd, wychodził powoli o kulach. Puściłam szeroko uśmiechającego się Justina i wybiegłam za swoim chłopakiem. Wyszłam akurat w momencie gdy wręczano im puchar. 

-Greg! Zaczekaj.

-I co, teraz dasz dupy Justinowi? 

-Słucham?! Greg! To ja, twoja dziewczyna, halo, jesteś tam jeszcze? Co ci odbiło?  Na prawdę myślisz, że mogłabym być z kimś innym prócz ciebie? 

-Tak, widziałem, pchałaś się na niego, niemalże byście zaczęli uprawiać tam seks, na tej trawie.

-Odbija ci, poważnie, masz nieźle w czubie. Co w ciebie wstąpiło? Dlaczego się do mnie tak odzywasz?

-Dlatego, że ostentacyjnie go kusisz- położył dłoń na moim ramieniu i mocno je ścisnął, skrzywiłam się z bólu.

-Greg, przestań, to boli- wyrwałam się mu.

-Nie rób tego więcej- dodał.

-To ty flirtowałeś z blondi.

-Ona jest nieistotna dla tej rozmowy.

-Czyżby? 

Justin wybiegł z budynku, dobiegł do miejsca w którym stałam ze swoim facetem.

-Nic ci nie jest?

-O, proszę, przyszedł wybawiciel. No, proszę, rzuć się w jego ramiona.

-Greg, skończ- zaczęłam.

-Zamknij się Mel, niech twój kochasz przemówi.

-Stary, myślę, że ten wypadek nieźle ci namieszał. Jedź do domu, odpoczywaj.

-Żebyś mógł ją wybzykać? 

-Co? Greg, poważnie, odpuść, nic między nami się nie dzieje.

-Mel, zabierz rzeczy, jedziemy do domu.

-Nigdzie nie jadę.

-Proszę, pojedź ze mną, muszę się położyć.


Pokręciłam zrezygnowana głową. 

-Dobrze- oznajmiłam zaskakując chyba nas wszystkich- Pojadę. Ale moje auto?

-Przyjedziesz z mamą do szkoły, nic mu się tu nie stanie. Ja jutro odpuszczę- dodał.

Justin wrócił do swoich mistrzów, ja zabrałam wszystkie swoje rzeczy i poszłam do wozu Grega.

-Dobrze, że twoja mama ma automat.

-Przydaje się po wypadkach- uśmiechnął się. 

Przewróciłam oczami. Greg ruszył spod szkoły.

-Nie zachowuj się więcej jak cichodajka, ok?

Dziwnie się zachowywał. Miły, zimny, sukinsyn, miły, zimny, sukinsyn, i tak w kółko. O, nie, znałam to zachowanie. Greg wyjeżdżał spod szkoły gdy zorientowałam się co znów wziął. Było za późno, jechał za szybko, przyspieszał nie zważając na inne auta.

-Greg, rozwalisz to auto! Zatrzymaj się, proszę- w oczach wzbierały mi łzy gdy mknął za szybko, przez zabudowane tereny- Greg! Cholera, Greg.

Nie reagował, zaczął zmieniać pasy i wyprzedzać auta. Położył dłoń na moim udzie i ścisnął je niemiłosiernie mocno. Zapiekło mnie. Bądź dzielna, zatrzymaj wóz, tylko to brzęczało mi w głowie.
Ściągnęłam jego ręce z kierownicy i wcisnęłam minus na kółku by auto zaczęło zwalniać. Greg podniósł rękę i przechylił kierownicę w lewo, auto zmieniało pas, prosto na nadjeżdżającego na nas busa. 

-Kurwa, Greg! 

Ściągnęłam kierownicę w swoją stronę, wcisnęłam światła awaryjne i zacisnęłam hamulec ręczny. Auto jakby nas nie słuchało, wjechało na cholerną kupkę piachu po prawej stronie drogi i zaczęło dachować, trzy obroty, obróciło się trzy razy. Nigdy się jeszcze tak nie bałam. Schowałam głowę w ramionach, między nogami. Proszę, proszę, chcę przeżyć. 

środa, 5 października 2016

Rozdział #9

To była drobna chwila słabości, drobna, maleńka chwila.  Staraj się o tym zapomnieć. Stoję na tym pieprzonym tarasie od pół godziny. Matka Grega starała się do mnie dodzwonić już z pięć razy. Żadnego z tych połączeń nie odebrałam. Wyłączyłam w końcu telefon by uciszyć przypominanie o tym, że nie jestem już singielką. Ciągle w związku. Więc co się do cholery właśnie stało?

Oparłam się o barierki na tarasie. Każdy jej telefon przypominał mi o tym co się stało, co mnie tu zatrzymało. Czułam, że mam na sobie jego ślady. Czułam, że wszyscy będą wiedzieć.

Justin wychodząc był taki spokojny, jakby nic się nie wydarzyło. Wykorzystał moją słabość, pewnie ma to w zwyczaju.  Pozbierałam swoje myśli i swoją godność z podłogi. Włączyłam telefon, wyszłam z domu i wsiadłam do swojego auta, pojechałam prosto do szpitala. W drodze do jego sali usłyszałam  donośny głos jego matki.

-Gregory Lucas Sulkin! Jak mogłeś wziąć narkotyki!?- wpół na niego krzyczała a na wpół pytała.

-Mamo, nie wiem, nie brałem tego świadomie, nawet nie wiem co to było. Ale było, było za mocne. Nie pamiętam połowy rzeczy.

Zapukałam do sali, słysząc jak zaczyna się plątać w wypowiedziach. Wszystkie oczy skupiły się na mnie.

-O! Kochana, próbowałam się do ciebie dodzwonić, że już się obudził, że możesz przyjechać.

-Przepraszam, chyba przysnęłam, telefon mi padł całkowicie. Przepraszam.

-No, już w porządku. Posiedź z naszym chłopcem- uśmiechnęła się do mnie czule- A z tobą dokończę rozmowę później młody człowieku- wskazała palcem na syna- Do później.

-Dostaniesz niezły opieprz za jakieś pięć godzin, gdy będziemy się zmieniały- zaśmiałam się-  Co ty sobie myślałeś Greg?

-Nie myślałem, nie pamiętam nic, nie wiem co wziąłem, ani kiedy, kto mi to dał.

-Kim była ta blondynka przed budynkiem?

-Kto? Nie pamiętam żadnej dziewczyny, Wiem, że poszliśmy razem na imprezę, później poszedłem po drinki i bum, nic więcej nie pamiętam, nie wiem czy upiłem drinka czy nie, czy coś w nim było. Pamiętam jeszcze, że z kimś się kłóciłem, głowa mnie wtedy zaczęła okropnie boleć. Pomyślałem, że pojadę do domu. I obudził mnie ból, słyszałem jakiegoś chłopaka, który mówił, że będzie dobrze.

-Justin- szepnęłam- On mówił ci, że będzie dobrze, on cie tu przywiózł.

-Co? Dlaczego?- podrapał się posiniaczoną ręką po głowie.

-Nie wiem- odpowiedziałam.

Myślałam zupełnie co innego... Wiem, że cię przywiózł tu, bo wiedział ile dla mnie znaczysz, wiedział, że byłabym nieszczęśliwa po utracie miłości... Odrzucił samolubne myśli i przywiózł go tutaj. Chyba muszę mu podziękować.

-Kochanie, co tak myślisz?

-Byłeś taki agresywny. Tamtej nocy, byłeś agresywny w stosunku do mnie. Obawiam się, nie chcę powtórki.

-Ja? Agresywny? To z tobą się kłóciłem?

-Tak, chyba jeszcze nigdy mnie tak nie zwyzywałeś. Popchnąłeś mnie. Czułam się okropnie.

-Mel, przepraszam- zakasłał- Na prawdę przepraszam, nie byłem sobą.

-Też cię tak tłumaczę. Nie chcę by to była twoja druga natura czy cokolwiek w tę stronę.

-Bądź o to spokojna, nie wezmę więcej tego gówna, na prawdę przepraszam, odpokutuje ci to co zrobiłem.

-Nie chodzi o to, po prostu postaraj się by już więcej tego nie zrobić, nie chce się tak więcej poczuć.

-Obiecuję, kocham cię, pamiętasz?

-Pamiętam- uśmiechnęłam się. Położyłam dłonie na jego ręce ułożonej wzdłuż ciała. Głaskałam go dopóki nie zapadł ponownie w sen. Ułożyłam głowę na materacu i zamknęłam oczy. Obudziłam się z mokrymi powiekami, co się stało? Poczułam lekkie szturchanie w ramię.

-Melanie, wstawaj, pora na zmianę- to była jego matka- Jedź i odpoczywaj, przyjedziesz rano, prawda?

-Tak, oczywiście, nie zostawię go gdy najbardziej nas potrzebuje.

Czułam, że jego mama prosi mnie o coś głębszego niż wrócenie tylko do szpitala. Wyszłam z budynku i skierowałam się do swojego samochodu. Poprowadziłam się sama w kierunku jego domu, mojego sąsiada, oczywiście. Wjechałam na podjazd. Justin majstrował coś przy swoim motorze. Moja reakcja zdziwiła nas oboje. Nie zachowywałam się jak ja. Wysiadłam gwałtownie z auta i podbiegłam do niego. Rzuciłam się mu ze łzami w oczach w ciepłe ramiona. Przytulał mnie tak mocno. Poczułam się bezpieczna i spokojna. Miał takie kochające ramiona. Wiedziałam, że był równie zaskoczony co i ja.

Czułam, że robię źle, ale gdy jego ramiona otaczały taką drobną mnie, rozpuszczało się wszelkie poczucie winy, które czułam wcześniej. Jakby ten cholerny wieczór coś zmienił. Pogładził mnie po włosach i wpił się w moje usta. Zachłannie pożerał mnie swoimi miażdżącymi ustami a ja pożerałam go. Z jego ust wydobył się jęk, pierwotny jęk gdy pociągnęłam go za włosy. Czułam się taka słaba, tak łatwo mu ulegałam, nie znałam go za długo a jednak, czułam jakbym znała przez co najmniej trzy lata...

Oparłam głowę o jego pierś, która unosiła się w stałym rytmie.

-Przepraszam. Ale dziękuję ci, że go ocaliłeś. Mógł zginąć tam na miejscu.

-Przestań przepraszać Mel, zrobiłaś to co poczułaś, że musi być zrobione.

-Wiem, że robię źle, a jednak to robię. Dwa razy w ciągu pieprzonego dnia!

Nie odzywał się, nie wiedział co  powiedzieć, zamurowało go? Czy chciał bym po prostu sobie ulżyła?

-Nie wiem, kto mu to dał- zaczęłam- Ale ten wieczór, jakby coś zmienił. Zranił mnie, nie tyle co psychicznie ale fizycznie, popchnął mnie, gdyby nie ty, wylądowałabym na tyłku. Kocham go, Boże, kocham, ale dlaczego to się stało.

-Hej, maleńka, może to znak, że coś trzeba zmienić i obrać nowy tor w życiu? Wiem, że cię uszczęśliwiał, dlatego go stamtąd zabrałem.

-Ty niby masz być tym torem?

-Nie mówię, że nie. Jestem do dyspozycji jakbyś nie miała lepszych kandydatów- uśmiechnął się zadziornie.

-Chyba muszę poczekać aż wyjdzie ze szpitala i zobaczyć jak się będzie zachowywał. Nie umiem go tak zostawić.

-Okej, wejdziesz może do środka?

-A w życiu. Nie zaciągniesz mnie do tej seks pułapki- szturchnęłam go w ramię- Nie ma mowy.

-Nie zapraszam tam dziewczyn. Nie zabieram ich nigdy do siebie.

-Wybacz, ale nie chcę słuchać o twoich podbojach. Robisz się taki milutki gdy czegoś chcesz, że aż zaczęłam prawie wierzyć, że możesz mieć do mnie dobre intencje, dobrze grasz, ale przejrzałam cię, tu nie zagrzejesz miejsca. Nie po tych wszystkich sezonowych panienkach. Dzięki za propozycję, ale nie- uśmiechnęłam się życzliwie i poszłam do swojego auta.

Gdy otwierałam drzwi, poczułam jego dotyk na sobie, odwrócił mnie w swoją stronę. Spojrzał mi głęboko w oczy, jakby chciał coś dopowiedzieć.

-Nie znasz mnie. Jasne, fakt, sypiałem z wieloma, ale od tego idzie się odzwyczaić i sypiać z tą, którą się kocha. Znaczy, jak mam to powiedzieć. Nie potrzebuje tabunu panienek, byłabyś tylko ty.

-Do widzenia Justin, muszę już iść.

-Przemyśl to, dobrze?

-Zobaczymy się na meczu, daj mi trochę przestrzeni, okej?

-Jeśli tego chcesz- powiedział zrezygnowany gdy wsiadałam do auta. Zamknęłam za sobą drzwi i wyjeżdżałam z jego podjazdu. Justin stal w miejscu gdzie wcześniej mnie przytrzymywał.
Co ze mną jest nie tak? To przecież nie mogą być tylko chwile słabości. Wiedziałam gdzie biec by znaleźć ukojenie. Tylko skąd moje ciało wie takie rzeczy.
Gdy wróciłam do domu zbliżała się już dwudziesta. Jeszcze starcie z mamą i będzie można iść do łóżka.

Zaparkowałam auto i weszłam od garażu do domu. Mama siedziała przy barku i czekała na mnie z jedzeniem. Kompletnie zapomniałam o jedzeniu, mój brzuch się odezwał. Byłam cholernie głodna.

-Jak się ma Greg?

-Dobrze, będzie zdrowy, w końcu. Nie zagra w poniedziałek, ale myślę, że za miesiąc, dwa już będzie powalał rywali.

-A ty córeczko jak się masz?

-Dobrze, znacznie lepiej niż on.

-Wiem, że to zabrzmi okrutnie, ale cieszę się, że nie jechałaś wtedy z nim.

-Pokłóciliśmy się, to przeze mnie leży teraz w szpitalu, oddałam mu kluczyki.

-O nie, moja droga. Jesteście dorośli, obydwoje podejmujecie swoje decyzje, prosił cię o klucze?

-Tak.

-Więc mu dałaś klucze, to co on zadecydował było nierozsądne. Nie bierzesz za to żadnej odpowiedzialności.

-Mamo, mogłam ich nie oddawać.

-Gdybyś nie oddała, mógłby podnieść na ciebie rękę. Mówiłaś, że cię popchnął.

-Delikatnie.

-Pchnął, nieważne z jaką siłą, zrobił to, karma wraca córeczko.


Przewróciłam oczami, zjadłam dwa tosty i trochę sałatki. Pocałowałam mamę w policzek na dobranoc.

Niedzielę także spędziłam w szpitalu, podtrzymywałam go na duchu gdy klął, że nie może zagrać w meczu. Ściskał moją dłoń za mocno, był nieźle nabuzowany tym, że nie może zagrać.

-Rodzice podstawią cię na mecz. Będziesz stał obok ławki przecież.

-Ekstra, na wózku, jak pieprzony inwalida.

I spędziłam kolejne trzy godziny by mu wytłumaczyć, że to tymczasowe, że ma się uspokoić. Ignorował mnie prawie cały czas, prychał na cokolwiek powiedziałam. O siedemnastej moja cierpliwość sięgnęła zenitu. Pożegnałam się z nim i wróciłam do domu. Bez żadnego kocham cię, bez pocałunku. Rozumiem, że może być pesymistą bo miał wypadek, ale do cholery, za grosz szacunku do tego co mówię.

Niedziela płynęła mi spokojnie. Odkąd wróciłam ze szpitala po siedemnastej ze znudzenia zdążyłam posprzątać, poukładać wszystkie rzeczy w swojej szafie. Zjadłam paczkę chrupek orzechowych i oglądałam jakieś pranie mózgu w telewizji. Nie miałam energii na nic innego. Tuż po dziesiątej położyłam się już do łóżka. Na prawdę nie miałam ochoty na robienie czegokolwiek produktywnego. Z resztą, jutro dosyć się wymęczę.

Padłam od razu, bez prysznica, bez zmiany ciuchów.

Uśmiechnij się kochanie- jesteś wtedy taka piękna- powiedział chłopiec o brązowych oczach z aparatem w dłoni- Uśmiechnij się dla mnie. 
I tak zrobiłam, wygięłam usta w szerokim uśmiechu i spojrzałam na niego. Pstrykał zdjęcia jak oszalały, każdy mój ruch uwieczniał na fotografiach. 
Siedzieliśmy na piaszczystej plaży i spoglądaliśmy co rusz na fale.
Podeszłam do niego i ucałowałam go z żarem.
-Powiedz, że jestem jedyną, powiedz to mojemu sercu.
-Jesteś, jesteś jedyna, przepraszam, że cię narażałem na niektóre rzeczy, że robiłem wiele głupot byś w końcu mnie zauważyła, ale to było warte.
-Czego warte?
-Twojego uśmiechu i pocałunków, tego jak na mnie spoglądasz z drugiej strony pokoju, jakbyś nie widziała niczego poza mną. 
-Dla mnie nie ma. Nie ma niczego poza tobą.
Chłopak wszedł do wody... Nie widziałam go więcej, zniknął.

Obraz się rozmazał, chłopak o głębokich brązowych oczach zniknął, a ja znów zostałam sama. Usiadłam na łóżku, spocona, rozgrzana, spod powiek cisnęły mi się łzy, kapały na moją pościel. Przetarłam oczy. Starałam się znów zasnąć. Chyba mi się udało, gdy zadzwonił budzik, przygniótł mnie ciężar dzisiejszego dnia, szósta dwadzieścia, fantastycznie.