środa, 5 października 2016

Rozdział #9

To była drobna chwila słabości, drobna, maleńka chwila.  Staraj się o tym zapomnieć. Stoję na tym pieprzonym tarasie od pół godziny. Matka Grega starała się do mnie dodzwonić już z pięć razy. Żadnego z tych połączeń nie odebrałam. Wyłączyłam w końcu telefon by uciszyć przypominanie o tym, że nie jestem już singielką. Ciągle w związku. Więc co się do cholery właśnie stało?

Oparłam się o barierki na tarasie. Każdy jej telefon przypominał mi o tym co się stało, co mnie tu zatrzymało. Czułam, że mam na sobie jego ślady. Czułam, że wszyscy będą wiedzieć.

Justin wychodząc był taki spokojny, jakby nic się nie wydarzyło. Wykorzystał moją słabość, pewnie ma to w zwyczaju.  Pozbierałam swoje myśli i swoją godność z podłogi. Włączyłam telefon, wyszłam z domu i wsiadłam do swojego auta, pojechałam prosto do szpitala. W drodze do jego sali usłyszałam  donośny głos jego matki.

-Gregory Lucas Sulkin! Jak mogłeś wziąć narkotyki!?- wpół na niego krzyczała a na wpół pytała.

-Mamo, nie wiem, nie brałem tego świadomie, nawet nie wiem co to było. Ale było, było za mocne. Nie pamiętam połowy rzeczy.

Zapukałam do sali, słysząc jak zaczyna się plątać w wypowiedziach. Wszystkie oczy skupiły się na mnie.

-O! Kochana, próbowałam się do ciebie dodzwonić, że już się obudził, że możesz przyjechać.

-Przepraszam, chyba przysnęłam, telefon mi padł całkowicie. Przepraszam.

-No, już w porządku. Posiedź z naszym chłopcem- uśmiechnęła się do mnie czule- A z tobą dokończę rozmowę później młody człowieku- wskazała palcem na syna- Do później.

-Dostaniesz niezły opieprz za jakieś pięć godzin, gdy będziemy się zmieniały- zaśmiałam się-  Co ty sobie myślałeś Greg?

-Nie myślałem, nie pamiętam nic, nie wiem co wziąłem, ani kiedy, kto mi to dał.

-Kim była ta blondynka przed budynkiem?

-Kto? Nie pamiętam żadnej dziewczyny, Wiem, że poszliśmy razem na imprezę, później poszedłem po drinki i bum, nic więcej nie pamiętam, nie wiem czy upiłem drinka czy nie, czy coś w nim było. Pamiętam jeszcze, że z kimś się kłóciłem, głowa mnie wtedy zaczęła okropnie boleć. Pomyślałem, że pojadę do domu. I obudził mnie ból, słyszałem jakiegoś chłopaka, który mówił, że będzie dobrze.

-Justin- szepnęłam- On mówił ci, że będzie dobrze, on cie tu przywiózł.

-Co? Dlaczego?- podrapał się posiniaczoną ręką po głowie.

-Nie wiem- odpowiedziałam.

Myślałam zupełnie co innego... Wiem, że cię przywiózł tu, bo wiedział ile dla mnie znaczysz, wiedział, że byłabym nieszczęśliwa po utracie miłości... Odrzucił samolubne myśli i przywiózł go tutaj. Chyba muszę mu podziękować.

-Kochanie, co tak myślisz?

-Byłeś taki agresywny. Tamtej nocy, byłeś agresywny w stosunku do mnie. Obawiam się, nie chcę powtórki.

-Ja? Agresywny? To z tobą się kłóciłem?

-Tak, chyba jeszcze nigdy mnie tak nie zwyzywałeś. Popchnąłeś mnie. Czułam się okropnie.

-Mel, przepraszam- zakasłał- Na prawdę przepraszam, nie byłem sobą.

-Też cię tak tłumaczę. Nie chcę by to była twoja druga natura czy cokolwiek w tę stronę.

-Bądź o to spokojna, nie wezmę więcej tego gówna, na prawdę przepraszam, odpokutuje ci to co zrobiłem.

-Nie chodzi o to, po prostu postaraj się by już więcej tego nie zrobić, nie chce się tak więcej poczuć.

-Obiecuję, kocham cię, pamiętasz?

-Pamiętam- uśmiechnęłam się. Położyłam dłonie na jego ręce ułożonej wzdłuż ciała. Głaskałam go dopóki nie zapadł ponownie w sen. Ułożyłam głowę na materacu i zamknęłam oczy. Obudziłam się z mokrymi powiekami, co się stało? Poczułam lekkie szturchanie w ramię.

-Melanie, wstawaj, pora na zmianę- to była jego matka- Jedź i odpoczywaj, przyjedziesz rano, prawda?

-Tak, oczywiście, nie zostawię go gdy najbardziej nas potrzebuje.

Czułam, że jego mama prosi mnie o coś głębszego niż wrócenie tylko do szpitala. Wyszłam z budynku i skierowałam się do swojego samochodu. Poprowadziłam się sama w kierunku jego domu, mojego sąsiada, oczywiście. Wjechałam na podjazd. Justin majstrował coś przy swoim motorze. Moja reakcja zdziwiła nas oboje. Nie zachowywałam się jak ja. Wysiadłam gwałtownie z auta i podbiegłam do niego. Rzuciłam się mu ze łzami w oczach w ciepłe ramiona. Przytulał mnie tak mocno. Poczułam się bezpieczna i spokojna. Miał takie kochające ramiona. Wiedziałam, że był równie zaskoczony co i ja.

Czułam, że robię źle, ale gdy jego ramiona otaczały taką drobną mnie, rozpuszczało się wszelkie poczucie winy, które czułam wcześniej. Jakby ten cholerny wieczór coś zmienił. Pogładził mnie po włosach i wpił się w moje usta. Zachłannie pożerał mnie swoimi miażdżącymi ustami a ja pożerałam go. Z jego ust wydobył się jęk, pierwotny jęk gdy pociągnęłam go za włosy. Czułam się taka słaba, tak łatwo mu ulegałam, nie znałam go za długo a jednak, czułam jakbym znała przez co najmniej trzy lata...

Oparłam głowę o jego pierś, która unosiła się w stałym rytmie.

-Przepraszam. Ale dziękuję ci, że go ocaliłeś. Mógł zginąć tam na miejscu.

-Przestań przepraszać Mel, zrobiłaś to co poczułaś, że musi być zrobione.

-Wiem, że robię źle, a jednak to robię. Dwa razy w ciągu pieprzonego dnia!

Nie odzywał się, nie wiedział co  powiedzieć, zamurowało go? Czy chciał bym po prostu sobie ulżyła?

-Nie wiem, kto mu to dał- zaczęłam- Ale ten wieczór, jakby coś zmienił. Zranił mnie, nie tyle co psychicznie ale fizycznie, popchnął mnie, gdyby nie ty, wylądowałabym na tyłku. Kocham go, Boże, kocham, ale dlaczego to się stało.

-Hej, maleńka, może to znak, że coś trzeba zmienić i obrać nowy tor w życiu? Wiem, że cię uszczęśliwiał, dlatego go stamtąd zabrałem.

-Ty niby masz być tym torem?

-Nie mówię, że nie. Jestem do dyspozycji jakbyś nie miała lepszych kandydatów- uśmiechnął się zadziornie.

-Chyba muszę poczekać aż wyjdzie ze szpitala i zobaczyć jak się będzie zachowywał. Nie umiem go tak zostawić.

-Okej, wejdziesz może do środka?

-A w życiu. Nie zaciągniesz mnie do tej seks pułapki- szturchnęłam go w ramię- Nie ma mowy.

-Nie zapraszam tam dziewczyn. Nie zabieram ich nigdy do siebie.

-Wybacz, ale nie chcę słuchać o twoich podbojach. Robisz się taki milutki gdy czegoś chcesz, że aż zaczęłam prawie wierzyć, że możesz mieć do mnie dobre intencje, dobrze grasz, ale przejrzałam cię, tu nie zagrzejesz miejsca. Nie po tych wszystkich sezonowych panienkach. Dzięki za propozycję, ale nie- uśmiechnęłam się życzliwie i poszłam do swojego auta.

Gdy otwierałam drzwi, poczułam jego dotyk na sobie, odwrócił mnie w swoją stronę. Spojrzał mi głęboko w oczy, jakby chciał coś dopowiedzieć.

-Nie znasz mnie. Jasne, fakt, sypiałem z wieloma, ale od tego idzie się odzwyczaić i sypiać z tą, którą się kocha. Znaczy, jak mam to powiedzieć. Nie potrzebuje tabunu panienek, byłabyś tylko ty.

-Do widzenia Justin, muszę już iść.

-Przemyśl to, dobrze?

-Zobaczymy się na meczu, daj mi trochę przestrzeni, okej?

-Jeśli tego chcesz- powiedział zrezygnowany gdy wsiadałam do auta. Zamknęłam za sobą drzwi i wyjeżdżałam z jego podjazdu. Justin stal w miejscu gdzie wcześniej mnie przytrzymywał.
Co ze mną jest nie tak? To przecież nie mogą być tylko chwile słabości. Wiedziałam gdzie biec by znaleźć ukojenie. Tylko skąd moje ciało wie takie rzeczy.
Gdy wróciłam do domu zbliżała się już dwudziesta. Jeszcze starcie z mamą i będzie można iść do łóżka.

Zaparkowałam auto i weszłam od garażu do domu. Mama siedziała przy barku i czekała na mnie z jedzeniem. Kompletnie zapomniałam o jedzeniu, mój brzuch się odezwał. Byłam cholernie głodna.

-Jak się ma Greg?

-Dobrze, będzie zdrowy, w końcu. Nie zagra w poniedziałek, ale myślę, że za miesiąc, dwa już będzie powalał rywali.

-A ty córeczko jak się masz?

-Dobrze, znacznie lepiej niż on.

-Wiem, że to zabrzmi okrutnie, ale cieszę się, że nie jechałaś wtedy z nim.

-Pokłóciliśmy się, to przeze mnie leży teraz w szpitalu, oddałam mu kluczyki.

-O nie, moja droga. Jesteście dorośli, obydwoje podejmujecie swoje decyzje, prosił cię o klucze?

-Tak.

-Więc mu dałaś klucze, to co on zadecydował było nierozsądne. Nie bierzesz za to żadnej odpowiedzialności.

-Mamo, mogłam ich nie oddawać.

-Gdybyś nie oddała, mógłby podnieść na ciebie rękę. Mówiłaś, że cię popchnął.

-Delikatnie.

-Pchnął, nieważne z jaką siłą, zrobił to, karma wraca córeczko.


Przewróciłam oczami, zjadłam dwa tosty i trochę sałatki. Pocałowałam mamę w policzek na dobranoc.

Niedzielę także spędziłam w szpitalu, podtrzymywałam go na duchu gdy klął, że nie może zagrać w meczu. Ściskał moją dłoń za mocno, był nieźle nabuzowany tym, że nie może zagrać.

-Rodzice podstawią cię na mecz. Będziesz stał obok ławki przecież.

-Ekstra, na wózku, jak pieprzony inwalida.

I spędziłam kolejne trzy godziny by mu wytłumaczyć, że to tymczasowe, że ma się uspokoić. Ignorował mnie prawie cały czas, prychał na cokolwiek powiedziałam. O siedemnastej moja cierpliwość sięgnęła zenitu. Pożegnałam się z nim i wróciłam do domu. Bez żadnego kocham cię, bez pocałunku. Rozumiem, że może być pesymistą bo miał wypadek, ale do cholery, za grosz szacunku do tego co mówię.

Niedziela płynęła mi spokojnie. Odkąd wróciłam ze szpitala po siedemnastej ze znudzenia zdążyłam posprzątać, poukładać wszystkie rzeczy w swojej szafie. Zjadłam paczkę chrupek orzechowych i oglądałam jakieś pranie mózgu w telewizji. Nie miałam energii na nic innego. Tuż po dziesiątej położyłam się już do łóżka. Na prawdę nie miałam ochoty na robienie czegokolwiek produktywnego. Z resztą, jutro dosyć się wymęczę.

Padłam od razu, bez prysznica, bez zmiany ciuchów.

Uśmiechnij się kochanie- jesteś wtedy taka piękna- powiedział chłopiec o brązowych oczach z aparatem w dłoni- Uśmiechnij się dla mnie. 
I tak zrobiłam, wygięłam usta w szerokim uśmiechu i spojrzałam na niego. Pstrykał zdjęcia jak oszalały, każdy mój ruch uwieczniał na fotografiach. 
Siedzieliśmy na piaszczystej plaży i spoglądaliśmy co rusz na fale.
Podeszłam do niego i ucałowałam go z żarem.
-Powiedz, że jestem jedyną, powiedz to mojemu sercu.
-Jesteś, jesteś jedyna, przepraszam, że cię narażałem na niektóre rzeczy, że robiłem wiele głupot byś w końcu mnie zauważyła, ale to było warte.
-Czego warte?
-Twojego uśmiechu i pocałunków, tego jak na mnie spoglądasz z drugiej strony pokoju, jakbyś nie widziała niczego poza mną. 
-Dla mnie nie ma. Nie ma niczego poza tobą.
Chłopak wszedł do wody... Nie widziałam go więcej, zniknął.

Obraz się rozmazał, chłopak o głębokich brązowych oczach zniknął, a ja znów zostałam sama. Usiadłam na łóżku, spocona, rozgrzana, spod powiek cisnęły mi się łzy, kapały na moją pościel. Przetarłam oczy. Starałam się znów zasnąć. Chyba mi się udało, gdy zadzwonił budzik, przygniótł mnie ciężar dzisiejszego dnia, szósta dwadzieścia, fantastycznie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz