czwartek, 27 października 2016

Rozdział #11

Gdy auto się zatrzymało, byłam w kompletnym szoku. Przeżyłam, ale nie wiedziałam czy nadal chcę takiego życia. Auto stało jak gdyby nigdy nic, Greg siedział z uśmiechem na ustach, w ogóle go ta sytuacja nie obeszła. Znów był po narkotykach. Łzy leciały mi spod powiek, byłam wstrząśnięta, ale nie chciałam kłopotów. Głowę, ręce, nogi, miałam wszystko. Nawet nie bolała mnie głowa. Nie bolało mnie nic prócz ramion i uda. Co za zezowate szczęście, co?  Żadnego wstrząsu mózgu, bynajmniej tak czułam.

-Przesiądź się- rozkazałam mu, był bardzo posłuszny, zrobił to.

Cały czas się głupio uśmiechał.  Wsiadłam za kółko i pojechałam do jego domu. Nikogo nie było w środku. Greg wyglądał jakby nic nie było w stanie go teraz zniszczyć. Był uśmiechnięty ale jego wzrok... Gdyby mógł zabijałby nim. Wszedł do domu o własnych siłach, poszedł do pokoju, położył się. Zostałam dziesięć minut, poszłam sprawdzić jak się czuje. Spał. Zostawiłam go. Miałam to gdzieś.

Wyszłam z jego posiadłości. Zawołałam taxi, kazałam się odwieźć pod szkołę. Tam stało moje auto. Gdy zajechałam na miejsce, wszyscy dopiero zbierali się z meczu, drużyny rozchodziły się po swoich autach. Każdy zaczął wyjeżdżać z terenu szkoły. Nie chciałam nikogo spotkać, ale wiecie jak zawsze wychodzi.

-Mel!- zawołała radośnie Laura- Wróciłaś. O rany! Co ci jest? Wyglądasz jakby cię tir przejechał.

Tak też się czułam. Włosy miałam potargane, ciało obolałe, konkretne dwa miejsca pulsowały tak boleśnie mocno. Zarzuciłam na siebie katanę i zakryłam ciało, czułam, że siniak na ramieniu zaczyna mi wychodzić. Cholera!

-Źle się czuję, nie jestem w najlepszym humorze. Przyszłam po swoje auto, odwiozłam Grega do domu.

-Tak, słyszałam. Między wami okej?

-Nie. Ale będzie. Będzie okej- pokręciłam zrezygnowana głową- Musi być, w końcu kochamy się, nie?

-No, dobrze, trzymaj się.

Przytuliła mnie i ścisnęła po ramionach, wykrzywiłam się z bólu.

-Chyba nie zamierzasz z nim dalej być?- zapytał znany mi głos.

-A co mam zrobić. Potrzebuje pomocy, nie wysłucha nikogo innego.

-Potrzebuje psychologów, terapii, nie worka treningowego. Nie pozwolę na to.

-Nie jesteś za mnie odpowiedzialny.

Justin podszedł do mnie niebezpiecznie blisko i zsunął moją katanę z ramienia.

-Tak myślałem- ciężko zaczął oddychać- Zabiję go, poważnie Mel, nie obchodzą mnie konsekwencje, zabiję skurwiela.

-To nic, to drobny siniak, nie chciał tak mocno.

-Nie broń go, kurwa! Mel, proszę cię, nie broń go- dodał cicho.

-Nie bronię, poprawi się, zobaczysz.

-Mel, nie widzisz jaką głupotę robisz? Będzie cię niszczył.

-Nie, na prawdę, będzie lepiej, przekonasz się, obiecuję.

-Nic mi nie obiecuj, zobaczysz sama, ja nie będę miał jak cię obronić, on w końcu ciebie zabije.

-Nie zrobi tego.

-Jeśli kiedykolwiek jeszcze raz cię dotknie, źle, zabiję go.


Westchnęłam ciężko i wsiadłam do swojego samochodu. Wyjechałam spod szkoły za innymi uczniami. Z oczu spadały mi ciężkie łzy, otarłam oczy i wróciłam do siebie do domu.

Przez kolejny tydzień miałam w sumie spokój, Greg nie chodził do szkoły, miał za to płukanie żołądka, i odpoczywał w domu. Justina także nie było widać w szkole. Nie witał mnie już na tarasie każdego ranka z uśmiechem. Zaczynało się wszystko uspakajać. Greg chodził już więcej, oczywiście o kulach, ale szło mu to znacznie lepiej niż wcześniej. Przywykł do sytuacji. Przepraszał na każdym kroku, kupował mi kwiaty, wysyłał słodkie smsy tylko po to bym przestała się gniewać. Sęk w tym, że ja się nie gniewam, wybaczyłam, ale nie zapomniałam. Jestem z nim, bo sam sobie nie radzi. Dzisiaj poszliśmy do kina. Wow. W końcu coś. Cieszyłam się, że gdzieś nareszcie wyszliśmy, sami.

-Pójdę tylko o toalety i możemy wchodzić na salę, okej?- zapytałam.

-Pewnie, pójdę po napoje i nachos- musnął mnie w policzek i poszedł do kolejki.

Skierowałam się do toalety, w drzwiach minęłam się z nią. Boże jak ja jej nienawidzę. Blondyna. Której przypisano wiele ról. Nie znam jej prawdziwego imienia, ani nie chcę poznać, ale wiem, że jej nienawidzę. Greg za każdym razem zapomina jak się nazywała, wymyśla nowe opowieści o koleżance. Ugh!
Poszłam do ubikacji, później poprawiłam włosy i lekko nasmarowałam usta błyszczykiem.  Wyszłam z toalety i dołączyłam do swojego chłopaka. Rozejrzałam się dookoła, po dziewczynie nie było śladu. Greg stał uśmiechnięty i spokojny z napojami w dłoniach.

-Wziąłem ci colę zero jak zwykle a sobie zwykłą, ok?

-Co za różnica. Aż tak nie utyję od zwykłej.

-No, ale...

-Żartuje, nie stresuj się, nie jestem już zła. Film się zaczął, chodźmy, proszę.


Usiedliśmy obok siebie i przez ponad godzinę siedzieliśmy w ciszy. Nie odzywałam się i nie całowałam z nim. Nie jak reszta par. Oczywiście, zdarzało nam się tak wcześniej, ale teraz mieliśmy trochę na pieńku i nie bardzo miałam ochotę na jego usta wpijające się we mnie. Greg siedział spokojnie, oglądał film w skupieniu. Oparłam głowę na swojej ręce podpartej o podłokietnik.

Usypiałam gdy usłyszałam szlochy kobiet z tyłu. Och, no tak. Główny bohater wrócił do swojej ukochanej. Jakie to oklepane. Wstałam z fotela i wyszłam z sali, Greg dwie minuty za mną.

-Ładny ten film, co?

-Nie, ani trochę. Po co odchodził, skoro i tak wrócił, taki posłuszny, to głupie- szliśmy na parking.

-Och, no tak, ty pewnie wolałabyś kogoś takiego jak Justin.

-Co?- odwróciłam się do niego.

-Słyszałaś. Nudzisz się, nie? Ze mną? Masz dość.

-Przestań tak mówić.

-Nie byłabyś taką zołzą gdyby cię porządnie zerżnął jak resztę szkoły.

-Greg! Uspokój się.

Odwróciłam wzrok, otworzyłam szeroko oczy.

-Nie, nie znowu. Greg, znowu to brałeś?

-Nic nie brałem, dziewczyno. A nawet gdyby, ten twój chłoptaś też bierze.

-Nawet gdyby-przeciągnęłam powtarzając za nim- Przynajmniej się zachowuje. Nie jest takim protekcjonalnym dupkiem i chamem.

Od razu pożałowałam tych słów. Choć były prawdziwe. Nie żałowałam, że to powiedziałam, żałowałam tego momentu w których padły słowa. Greg był pod wpływem, był agresywny. Nie zdążyłam się schronić gdy jego ręka wylądowała na moim policzku, uderzając o niego mocno, za mocno. Zakręciło mi się w głowie. Plask rozbiegł się po parkingu. Greg złapał mnie za ramiona, siniaki, które już schodziły zostaną zastąpione nowymi. Szarpał mną i rzucał mi obelgi prosto w twarz. Uderzył mnie drugi raz. Wyszarpałam się z jego ramion i kopnęłam go w samo krocze, zwinął się z bólu i ukląkł na ziemię, dodałam do tego jeszcze mocny policzek. Jego jęk rozbrzęczał po całym parkingu.

-To koniec, nie dam rady z tobą już być, tak nie można. To koniec Greg.

Rozpłakałam się nim jeszcze dobiegłam do auta. Dzięki Bogu byliśmy moim samochodem. Pewnie tego nie zapamięta, ale dla mnie był koniec.

Zostawiłam go, nie dałabym rady dłużej tego znieść. Nie pozwolę się tak traktować. Miłość, co? To nie była już miłość. Nikt kto kocha nie zachowuje się jak wyrzutek. Mógł mnie obrażać, mógł mnie znieważać, ale przemoc, o co to, to nie. Nie posiadał mnie, więc nie będzie mnie traktował jak swoją zabawkę.

Niech sobie ma złamaną nogę, niech sobie go boli, mam to gdzieś, niech chodzi i kolejne dwa miesiące na rehabilitacje, już sam, mnie to nie będzie obchodziło. Nie postępuje się z drugim człowiekiem jak ze śmieciem.

Wróciłam do domu i wbiegłam na górę. W pokoju zrzuciłam z siebie ciuchy, weszłam do łazienki i stanęłam pod gorącym strumieniem. Niech ktoś ze mnie zmyje wszystkie ślady, proszę. Zmyłam siebie brud dnia dzisiejszego, umyłam głowę, obmyłam całe ciało. Gdy wyszłam spod prysznica, czekało na mnie najgorsze starcie. Obejrzenie siebie w lustrze. Ściągnęłam z siebie ręcznik i spojrzałam jednym okiem w lustro, zrzuciłam ręcznik na podłogę i otworzyłam drugie oko. Moje ciało wyglądało jak kompletna masakra. Siniaki na udzie, na biodrze, na ramionach, na przedramionach. Jak? Kiedy? Nie czułam ich wszystkich. Osunęłam się na podłogę i rozpłakałam. Jaki cudem się w to bagno wciągnęłam?

Siedziałam na ziemi dobre dwadzieścia minut nim byłam w stanie przebrać się w piżamę i położyć do łóżka. Mel, musisz jakoś jutro wyglądać w szkole. To chyba będzie najcięższy dzień w tej pieprzonej szkole od początku roku. W łóżku znów się rozpłakałam, nie wiem kiedy zasnęłam, ale wstałam jeszcze bardziej niewyspana niż wtedy gdy się kładłam. Wyszykowałam się automatycznie. Nie przykładałam do tego uwagi. Założyłam spodnie z dziurami i za dużą bluzę. Wzięłam swoją torbę i bez śniadania pojechałam do szkoły. Od rana mój telefon nie przestawał dzwonić. No tak Greg, pewnie nic nie pamięta.  Wyjaśnię mu to dzisiaj. Nie ma dla mnie znaczenia czy był pod wpływem czy nie, zrobił coś niewybaczalnego.

Byłam w szkole dopiero pięć minut przed pierwszym wykładem. Wyszłam z auta i pobiegłam prosto do budynku. Moje szczęście chciało bym akurat paskiem od torebki zahaczyła o klamkę drzwi wejściowych. Bum, torba zerwała się z paska, wszystkie rzeczy wypadły na ziemię. Byłam taka zażenowana.

-Hej, pomogę ci.

Tak! To był głos, który znałam, chyba pierwszy raz się tak cieszyłam, że go widzę. Uśmiechnęłam się szeroko, czułam, że uśmiech dochodził mi aż do oczu, podobnie jak łzy, te jednak zdołałam powstrzymać.

-Dziękuję, na prawdę nie miałam dzisiaj szczęścia.

-Co jest? Płakałaś?- przejechał kciukiem pod moim okiem.

-Jestem niewyspana, te prace zaliczeniowe mnie wykańczają.

-Mel- naciskał.

-Jeszcze jedna do napisania i się wyśpię, w końcu!- roześmiałam się. Widziałam jak mi się przygląda, zmieniłam więc strategię- No, to gdzie byłeś cały zeszły tydzień?

-Poza miastem- dodał i odszedł nie mówiąc nic więcej.

Poszłam na pierwsze trzy wykłady. Czas ciągnął się niemiłosiernie, miałam już dzisiaj dość, ta szkoła to ostatnie miejsce, w którym chciałam teraz być.
No i nadeszła przerwa na obiad. Całkowicie zapomniałam od wczoraj o jedzeniu, gdzie kiedyś było to dla mnie wszystkim, na prawdę, tu chipsy, tu pizza, przekąski, słodycze, ciągle coś.
Wyszłam z sali Pana Chestera i skierowałam się do budki z kanapkami.

-Hej, Mel, zaczekaj- Greg złapał mnie za ramię, delikatniej niż zwykle- Co się stało? Czemu nie odpowiadasz?

-Słucham? Greg, my nie jesteśmy już razem.

-Co? Od kiedy?

-O Boże- złapałam się za głowę- Znowu brałeś wczoraj, że nic nie pamiętasz?

-Nic nie brałem, kurwa. Jak nie jesteśmy razem, dlaczego?

-Uderzyłeś mnie! Dwa razy. Pokazać ci siniaki, które mi zrobiłeś?

-Przestań pieprzyć- syknął.

-Daj mi spokój, mówiłam, to koniec, nie dam się tak poniżać.

-Nie zrobiłem ci nic! Nie wymyślaj sobie Mel.

-Greg, poważnie, koniec, pobiłeś mnie.

Podszedł do mnie blisko i przystawił mi palec centralnie na środek klatki piersiowej.

-Nie możesz ze mną zerwać. Kochasz mnie.

-Nie kocham cię takiego, nie jesteś sobą. Jesteś okropnym człowiekiem.

-Wiesz co, dobra, weź to swoje idealne życie i wypierdalaj z mojego- pchnął mnie ręką w ramię.

Och, kolejna huśtawka nastrojów. Czyli mamy to samo... Fajnie. Nie dam się sprowokować. Nie tutaj. Pchnięcie starczy. Odwróć się i odejdź.

-A ty dokąd? Nie masz mi nic do powiedzenia?- zapytał, ciągnąc mnie za rękę.

-Nie, Greg, nie mam. Proszę, daj mi spokój- odpowiedziałam łamiącym się głosem- Nie jesteśmy...

I wtedy jego dłoń znów padła na mój policzek, lekko odwróciłam głowę krzywiąc się z bólu.
To co zdarzyło się później było dla mnie jak film w zwolnionym tempie. Justin powalający Grega na ziemię, uderzający jego głową raz za razem o trawnik, jego pięść na jego szczęce.

-Justin, starczy!- odciągnęłam go za jego czarną bluzę.

Ciężko było go utrzymać, jego masa a moja, to spora różnica. Ale dałam radę. Przyciągnęłam go do siebie i nie puszczałam dopóki Greg nie zebrał się z ziemi.

-Mel, proszę, porozmawiajmy- zaczął mówić.

-Spierdalaj- Justin odwrócił się do niego z miną zabójcy- Dość już narobiłeś.

 Moja twarz cała była pokryta łzami, czułam jak palą moje policzki.

-Mel- napierał Greg dalej.

-Wypierdalaj Sulkin, daj jej spokój, bo zginiesz, poważnie.


Otworzyłam szeroko oczy. Byłam przerażona całą sytuacją. Justin odwrócił się do mnie i przyciągnął do swojej klatki piersiowej. Cała się rozmazałam. Płakałam i płakałam, bluza Justina była cała przesiąknięta moimi łzami.

-Zabierz mnie do domu, proszę, nie chcę tu już być, chcę wrócić do siebie.

-Co ty mówisz, przecież teraz jest tu twoje miejsce.

-Chodzi mi o dom tutaj, nie chcę wracać do Ohio- roześmiałam się i klepnęłam go w ramię.

Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się ciepło.


No i skończyło się... Tyle wspomnień i czasu z Gregiem... A to wszystko przez narkotyki.  Super.







Chyba zdałam sobie sprawę, że nic już nie będzie takie samo. Nic a nic.

-Hej, maleńka, pytałem o coś- wyrwał mnie z zamyślenia głos Justina

-Hm? Co?

-Wracamy?

-Ach, tak, do domu, wracamy- pokręciłam głową wyrywając się z zamyślenia i skierowaliśmy się w stronę auta. Justin objął mnie ramieniem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz