czwartek, 29 września 2016
Rozdział #8
-Policja, otwierać!
Spojrzałam na zegarek, była trzecia nad ranem. W telewizji leciały zakupy mango, co za bzdury. Byłam swobodnie ubrana w swoje domowe spodnie, w których wolałabym się nie pokazywać.
Usłyszałam ponowne dobijanie się do drzwi. Moja mama zapaliła światło w przedpokoju, wyszłam równo z nią z salonu i popędziłam do drzwi.Otworzyłam. Moim oczom ukazało się dwóch umundurowanych policjantów z odznakami w dłoniach.
-Melody Gomez?
-Tak, to ja, w czym mogę pomóc?- zapytałam przecierając oczy.
-Zna pani Grega Sulkina?
-To...To mój chłopak, co z nim jest?- czułam jak żółć podchodzi mi do gardła.
-Miał wypadek, około godziny temu. Ostatni był widziany podczas kłótni z panią, tak nam podają źródła. Miał przy sobie narkotyki, prowadził auto, wjechał w rów przydrożny.
-O Mój Boże- przyłożyłam dłonie do ust.
-Co pani wie na temat tych narkotyków?
-Nie wiem nic, nie wiem skąd miał je przy sobie. Poszliśmy razem na imprezę, i dopiero tam mu szajba odbiła. Rozmawiał przed budynkiem z jakąś dziewczyną, ja zostałam w środku, tańczyłam z kolegą, Greg gdy wrócił do środka wpadł w szał, popchnął mnie, wyszliśmy porozmawiać na zewnątrz, obrzucił mnie obelgami. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale powiedział, że da się podrzucić do domu. Wróciłam tu i zasnęłam.
-Żyje?-zapytała moja matka.
To pytanie ciążyło nade mną całą wizytę policjantów w naszym domu.
-Żyje, jest trochę poobijany, leży w szpitalu. Myślę, że będzie chciała go pani odwiedzić. Proszę to zrobić.
Jak mógł prowadzić po narkotykach? Jak mógł być tak nieodpowiedzialny? Może brał je już od jakiegoś czasu? Spóźniał się, był nierozgarnięty, może to było przyczyną? Jak mogłam być ślepa.
Porozmawiałam jeszcze chwilę z policjantami, uznali, że wiedzą już wszystko co powinni. Nie wiedzieliśmy kto i co mu podał, ale to jest nie do wyjaśnienia, w środku tamtego budynku są kamery tylko w toaletach, przejściach i przed budynkiem. No i jedna na parkiecie, nie ma na nim nagrania by cokolwiek, ktoś mógł mu dosypać. Na zewnątrz, też niczego nie brał. Gdy policjanci wyszli z naszego domu, szeroko otworzyłam oczy. Barman. Jedyna osoba, która mogła mu coś dosypać, kurwa.
Pięć minut później zbiegłam na dół ze swoją torbą, wsiadłam do auta i pojechałam do szpitala wskazanego przez policję. Dojechałam na miejsce po prawie pół godzinie. Wbiegłam do środka, nie pytałam nawet w rejestracji o salę, i tak nikt by mi nie powiedział. Szukałam jego sali przez dobre dwadzieścia minut czasu. Ale znalazłam!
Widok w środku mnie zamurował.
-Co ty tu robisz? Jesteś osobą, której najmniej bym się tu spodziewała- rzuciłam do Justina.
-To ja go znalazłem, to ja go tu dotransportowałem. Lekkie wstrząśnienie mózgu, złamana noga. Nic mu nie będzie.
-Ty mu to dałeś?
-Tak, jasne, ja. Cały czas byłem z tobą.
Odetchnęłam z ulgą, jakoś wierzyłam, albo chciałam wierzyć w jego niewinność. Nie chciałam by był oprawcą mojego faceta. Podeszłam do leżącego na Gregu łóżka szpitalnego.
-Musisz być cicho, pielęgniarki są tu wyrozumiałe, ale tylko dla mnie i mojego uroku- uśmiechnął się.
Przewróciłam oczami.
-Gdzie są jego rodzice?
-Byli tu, wrócą rano.
Usiadłam obok niego na łóżku i pogładziłam po jego policzku.
-Hej skarbie- głaskałam go dalej, Boże jakie sińce, posmutniałam- Wiem, że to po części moja wina, przepraszam, nie powinniśmy byli się kłócić, nie powinnam była ci dawać tych kluczyków- rozpłakałam się- Wróć do nas, proszę, to zupełnie nie ty. Ułoży się, wiem, że tak- otarłam łzy z policzka- Kocham cię- musnęłam go w usta.
-Chyba już pójdę- zaczął Justin.
Kompletnie zapomniałam o jego obecności tutaj. Wstałam od swojego chłopaka z łóżka.
-Dziękuję ci, na prawdę bardzo ci dziękuję- wyszliśmy przed salę- Gdyby nie okoliczności, czas no i miejsce, to może i by nam się udało, ale sam rozumiesz, kocham tego gościa, nawet po tej nocy. Nie jesteś taki zły, przepraszam, że cię tak wyzywałam i wykorzystałam. Ten wieczór nie potoczyłby się tak źle.
-Mel...
-Ćśś, idź już, dziękuję ci, ale zostanę z nim teraz już ja.
Musnęłam go w policzek i uśmiechnęłam się wycierając oczy z łez, wróciłam do sali i usiadłam w fotelu obok łóżka Grega. Zostałam z nim tam do rana, aż jego rodzice wrócili. Wiedziałam co sobie myślą, pewnie w ogóle mnie tu nie chcieli, nie spodziewali się takiego widoku. Może Justin im coś nagadał?
-Mel!- pisnęła radośnie matka Grega- O, Mel! Tak się o niego baliśmy. Co tu robisz?
-Przyjechałam z nim trochę posiedzieć, wcześniej mój przyjaciel z nim siedział, ale już była pora by go zmienić.
-Cieszę się, że tu jesteś, jego stan na pewno dzięki tobie się polepszył. Ale idź teraz do domu, odeśpij trochę nocy, przebierz się, odpocznij. Wróć po południu?
-Chętnie.
Wymieniłyśmy jeszcze między sobą kilka ckliwych komentarzy, wróciłam po szpitalu prosto do swojego domu. Było mi teraz w nim jakoś... Dziwnie. Weszłam na górę do swojego pokoju, wzięłam w przylegającej do niego łazience prysznic, zmyłam makijaż, zaczesałam włosy.
Przebrałam się w świeże ubrania.
Wyszłam na taras z miską płatków w ręce.
Kurwa, rzuciłam nią o ziemię, słysząc jak się rozbija.
Jaka ze mnie idiotka. Dlaczego pozwoliłam mu jechać do domu samemu. Wiedziałam, że jest z nim coś nie tak. Pozwoliłam by zrobił sobie krzywdę. Kurwa, kurwa, kurwa.
Usiadłam na ziemię i po prostu się rozpłakałam. Przyciągnęłam do klatki piersiowej swoje nogi, oparłam się o szklaną balustradę, schowałam głowę między kolana.
-Hej, co się dzieje maleńka?
-Jaja sobie robisz? Jak tu wszedłeś?
-Zostawiłaś otwarte drzwi, widziałem cię ze swojego domu, zabawne co, mieszkamy tak blisko, że wiem co się dzieje.
-Nie masz lepszych zajęć?
Spojrzałam na swój strój, później na niego.
-Ciekawy dobór stroju- zaczęłam.
-O, nie schlebiaj sobie, byłem już tak ubrany wcześniej.
Uśmiechnęłam się przez łzy, po czym przypomniałam sobie o Gregu, łzy same zaczęły płynąć.
-Hej, hej, mała, uspokój się, nic mu nie będzie- Justin kucnął przy mnie.
-To wszystko przeze mnie. Mogłam go nie zostawiać.
-Sama widziałaś jak się zachowywał. Może to go odrobinę otrzeźwi.
-Nie powinnam była go zostawiać, no przecież, on nic nie zrobił a ja byłam taka sukowata.
-Widziałaś co robił, nie broń go.
-Chyba muszę.
-Mel.
-Masz rację. Zachował się źle, ale to nie znaczy, że powinien przez to przejść- zaczęłam.
-Nie mogłaś tego przewidzieć. Nikt nie mógł.
Zapadło milczenie, spojrzałam na niego, uśmiechał się delikatnie. Justin sięgnął do moich policzków i otarł kciukiem spod nich łzy. Pochyliłam się do niego i przycisnęłam swoje wargi do jego warg.
Westchnął cicho i powitał moje usta chętnie, jego język wdarł się w moje usta. Położyłam dłoń na jego szyi, przeszedł go dreszcz. Pochylił mnie na ziemię na tarasie i mocno wpijał się w moje usta.
Przesuwał dłonią od moich ud w górę brzucha, westchnęłam cicho.
Jego język był taki kojący, usta takie miękkie, a oddech cudownie miętowy. Justin zsunął swoje wargi na linię mojej żuchwy, muskał ją i skubał, ja delikatnie drapałam go po szyi i plecach. Jęknął głośno, ciekawe ile dziewczyn tak na niego oddziaływało... Wow, wow, wow. Stop. Co ja kurwa robię.
Oderwałam się od niego i odepchnęłam, czołgając na rękach. Ja oddychałam ciężko, on również. Był cały rozpalony, wybrzuszenie w jego spodniach było bardziej widoczne niż zwykle. Schowałam twarz w dłonie.
-Proszę, powiedz, że to się nie stało- zaczęłam.
-Stało się i było cudowne.
-Nie, nie było, to było... Nie powinno było się w ogóle zdarzyć. Wiesz o tym doskonale.
-Ty tego chciałaś, ja chciałem, nie powinnaś mieć wyrzutów sumienia.
-Mam. Okropne. Nie, nie, nie.
-Wiesz, że będę cię lepiej traktował. Lepiej niż on to potrafi robić. Widziałaś jaki był wczoraj.
-Nie był sobą. Wziął jakieś gówno, i stracił panowanie nad sobą.
-Żeby nie robił tego za często.
Justin wstał i wyszedł. Jak gdyby nigdy nic. A ja zostałam sama ze swoimi wyrzutami. Ekstra.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz